niedziela, 14 lutego 2016

Berber z ulicy


Po zdobyciu najwyższej góry Maroka, ze spieczonymi nosami, smarując się kremem Nivea, próbowaliśmy wydostać się z Asni. Chcieliśmy jechać do Ourzazate i dalej do Agdz. Nie mieliśmy jeszcze wtedy pojęcia, że nazwę Ourzazate wymawia się tak, jakby była jedną sylabą. Więc staliśmy w centrum Asni, jak takie nieboraki i nie bardzo mieliśmy pojęcie, co ze sobą zrobić. Ostatecznie wróciliśmy do Marakeszu. Jechaliśmy taksówką. My dwaj z tyłu. Ekipa z przodu ciągle się zmieniała, ale przez większość podróży siedziało w starym mercedesie z przodu trzech rosłych i zakapturzonych Marokańczyków.

Kolejny dzień pokazał, że w Marakeszu były zamieszki. Zaczęła się afrykańska wiosna i kilku przeciwników króla rzuciło kamieniami i urwało kilka dystrybutorów na stacjach benzynowych. Niby groźnie, ale w sumie nic wartego uwagi. My w każdym razie wciąż chcieliśmy jechać do Agdz przez Ourzazate. W Agdz mieliśmy spotkać Hessina. Hessin miał być naszym gospodarzem na couchsurfingu. Couchsurfing lojalnie ostrzegał nas, że między nami a Hessinem występują bariery językowe. Postanowiliśmy się tym nie przejmować ochoczo uznając, że couchsurfing przesadza. Nie przesadzał.

Najpierw jednak trzeba było znaleźć transport do Ourzazate. Mając trochę czasu stwierdziliśmy, że przejdziemy się po Marakeszu. Chcieliśmy rzucić okiem na zniszczenia po zamieszkach. Chcieliśmy też zorientować się, czy nie uda nam się za ludzkie pieniądze wynająć samochodu.

Zniszczenia po zamieszkach okazały się mało spektakularne, choć widoczne. Za wynajem auta natomiast Marokańczycy liczyli sobie, jak za zboże. Trzeba było się nachodzić, naszukać, narozmawiać i zrobić kilka razy numer na wyjście ze sklepu. Numer jest prosty. Marokańczyk uśmiecha się od szóstki do szóstki i jest pewien, że zaraz dobije targu. Ale cena jest zdecydowanie za wysoka. Wtedy mówi się, że jednak nie. Że my wcale nie chcemy auta. Że przecież na pewno w Maroku, a zwłaszcza w stolicy, jest mnóstwo autobusów, które z radością zawiozą nas do Hessina. Przecież musi coś jechać do Ourzazate. I musi się udać tam dojechać. Zwłaszcza, że teraz już umiemy wymawiać tę nazwę.

Ostatecznie rzutem na taśmę zdobyliśmy samochód. W sumie, to miał być samochód, wyszedł Hyundai i10. Taka większa kosiarka. Nie z wypożyczalni tylko trochę na gębę od obrzydliwie bogatego i zakochanego w Stanach Zjednoczonych Marokańczyka. Umowę podpisaliśmy (to chyba była umowa) w jego mieszkaniu. Wziął dane karty kredytowej. I w sumie wszystko to wyglądało na wielce podejrzany biznes, ale podstawił Hyundaia, uścisnął rękę, to pojechaliśmy.

Droga do Ourzazate była malownicza. Przecinała góry. Niby to tylko 300 kilometrów, ale jechaliśmy bez końca. Zatrzymywaliśmy się przy barach na kawę i na przełęczach, żeby rzucić okiem na ten piękny i niezwykle suchy kawałek świata.

W Ourzazate znaleźliśmy kemping i przespaliśmy się w namiocie. Rano ruszyliśmy dalej. Z każdym kilometrem byliśmy coraz bliżej Sahary. W pewnym momencie przy drodze zobaczyliśmy dość nieporadnego Berbera z zepsutym, starym Renault Megane. Chciałem napisać „starszego Berbera”, ale marokańskie rysy potrafią zwieść Europejczyków. Afrykańskie słońce sprawia, że niemal wszyscy wyglądają na starszych, niż rzeczywiście są. Zatrzymaliśmy się i zapytaliśmy, czy nie podrzucić go do Agdz. Ucieszył się. Oczy miał spokojne, twarz roześmianą. Mimo, że nie powinno, pachniało od niego alkoholem. Po drodze coś opowiadał, ale po francusku rozumieliśmy niewiele. W zasadzie, to Daniel rozumiał niewiele. Ja nie rozumiałem nic. Poprosił, żeby wysadzić go przy sklepie niedaleko głównego placu Agdz, na którym byliśmy umówieni z Hessinem. W dowód wdzięczności zaproponował herbatę. Skorzystaliśmy.

Berber znaleziony przy drodze prowadził sklep wraz z kilkoma braćmi. Handlowali dywanami, które były na tyle piękne, że można nazwać je kobiercami. Handlowali też przeróżnym afrykańskim rękodziełem. Ich dom był mocno zacieniony. Zaprowadzili nas na górę i zaparzyli tę swoją pyszną, słodką, afrykańską herbatę. Jeden z braci mówił po angielsku i robił to nieźle. Na początku zwykła kurtuazja. Skąd jesteście, co tu robicie? Ale po raz pierwszy kontakt z Marokańczykami był inny. To nie byli ludzie, którzy za wszelką cenę chcieli sprzedać jak najwięcej święcących suwenirów. To byli ludzie, którzy byli wdzięczni, bo przywieźliśmy im brata. Byli też ciekawi tego, jak wygląda nasze życie.

No więc zaczęliśmy od Polski. Nie bardzo dało się wytłumaczyć słowami, gdzie jest Polska. No może trochę się dało, bo coś tam słyszeli o Niemczech, a to już w sumie blisko. Ale sporządziliśmy rysunek na kartce A4. Narysowaliśmy Afrykę, Europę i kropkami zaznaczyliśmy Maroko i Polskę. Niemcy i Anglię też. Tak tylko, żeby dać pełniejszy obraz. I to przełamało lody. Pytali o nasze życie, o rodziny, o to, co robimy, co kochamy, czego nam brakuje. Opowiedzieliśmy trochę o naszych podróżach. O tym, jak wygląda nasze życie. Daniel wspomniał o wyprawie do Kenii i życiu w masajskiej wiosce. To zrobiło na nich wrażenie. Wtedy nie spodziewając się niczego spektakularnego zapytaliśmy, czym oni się zajmują. Spodziewaliśmy się raczej, że prowadzą sklep i to w sumie tyle. Prowadzili sklep. Ale te wszystkie rzeczy, te kobierce, czajniki, rękodzieło, biżuteria i naczynia pochodziły z handlu. Raz w roku część braci pakuje to, co udało się kupić i wytworzyć w Maroku, objucza kilkadziesiąt dromaderów i rusza przez pustynie do stolicy Mali, Bamako. To ponad 3000 kilometrów. Idą przez Algierię i Mauretanię przecinając całą Saharę. Podróż zajmuje im kilka miesięcy. Najczęściej pół roku. Idą każdego dnia. Każdego dnia dochodzą do oazy. Jeden dromader kosztuje około 3000 euro. Zabiera na grzbiet tonę towaru. I może nie pić wody przez 30 dni. Więc idzie tych braci kilku. Nie ma ich więcej, niż dziesięciu. Mają kilkadziesiąt wielbłądów, a każdy z nich około tony towaru na grzbiecie. Co wieczór muszą rozkulbaczyć i nakarmić zwierzęta. Rano pakują wszystko i ponownie ruszają. Gdy piasek zasypie ścieżki, patrzą w niebo. Gdy widzą na nim ptaki, idą w ich kierunku. Ptaki zawsze latają nad oazami. Gdy nie ma ptaków i ścieżki, czekają do nocy. Idą nawigując po gwiazdach.

W Bamako jest wielki targ. Spotykają się na nim wszystkie ludy Afryki Północnej rozmieszczone dookoła Sahary. Jest to wielkie wydarzenie. Kwitnie handel. Potem wszystko, co uda się kupić lub wymienić pakuje się znów na grzbiety dromaderów i wraca do domu. W domu pije się herbatę, siedzi na podłodze i handluje tym, co wróciło z Bamako. Żaden z braci nigdy nie prowadzi karawany do Bamako dwa razy z rzędu. To za bardzo obciąża umysł. Zazwyczaj idzie się co drugi raz.

Ale oni też byli ciekawi, czym my się zajmujemy. Daniel opowiedział, że mieszka w Anglii. Pracuje tam, bo tam lepiej płacą. Berberowie nie bardzo rozumieli tę ideę. Dialog wyglądał mniej więcej tak:

- Czyli nie mieszkasz w swoim domu i w swoim kraju, tylko gdzie indziej?
- Tak.
- Dlaczego?
- Żeby lepiej zarabiać.
- Skoro opuściłeś dom, żeby lepiej zarabiać, to ile masz kóz i owiec?
- Nie mam kóz i owiec.
- Dziwne. To ile masz ziemi? Musisz mieć ogromną ziemię.
- Nie mam ziemi. Nie stać mnie na kupno ziemi w Anglii.
- To pewnie chociaż masz ogromny dom?
- Nie mam domu. Na żadną nieruchomość też mnie w Anglii nie stać.
- A jak daleko masz do domu?
- Jakieś 1400 kilometrów.
- I jak często widzisz swoją rodzinę?
- Najczęściej raz w roku na święta.
- Czyli wyjechałeś 1400 kilometrów od domu, żeby zarabiać, ale nie masz domu, ziemi ani trzody. Rodzinę widzisz raz w roku. To kiedy siadasz i pijesz herbatę ze swoimi braćmi?
- …
- To najsmutniejsza historia, jaką słyszałem w życiu. Pozwól przyjacielu, że zrobię Ci jeszcze herbaty.

To był kawał naprawdę pięknego popołudnia w Agdz. Ta otwartość i zgoda na wszystko, które biły z tych ludzi, to jakby koń kopnął cię w splot słoneczny. Długie godziny po tym spotkaniu rozmawialiśmy o tym i zastanawialiśmy się, czy aby to my w Europie nie poszliśmy trochę nie w tę stronę? Czy to my tak naprawdę nie rozmieniamy naszego życia na drobne? I do teraz jestem przekonany, że picie herbaty z braćmi jest bodaj najważniejszym, co można w życiu robić. I do teraz marzę, by pójść do Bamako.

Na koniec bracia zaproponowali, że przebiorą nas w swoje berberskie szaty i zrobią nam zdjęcie. Wiem, brzmi to tragicznie. Ale nie mogliśmy się nie zgodzić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz