Ten tekst nie powstał dziś. Ale wart po dzisiejszym dniu jest przypomnienia:
To słowa Dawida Warszawskiego z książki Svetlany Broz "Dobrzy Ludzie w czasach zła".
"Ci, którzy na wojnę w Bośni patrzyli z oddali, widzieli w niej coś na kształt pożaru prerii, niepowstrzymanie idącego przez kraj. Gdy patrzeć z bliska, widać jednak, że pożaru prerii zrazu nie było. Były tysiące małych podpaleń, rozpaczliwie gaszonych przez lokalnych strażaków. Gdyby nie to, że strażacy mieli jedynie dziurawe wiadra, piromani zaś miotacze ognia, pożar zapewne udałoby się ugasić. Od dymu pożarów wielu uległo zaczadzeniu. Wielu - ale nie wszyscy. A nawet wśród tych, którym czad nienawiści zrazu zmącił rozum i serce, nie wszyscy wytrwali w swym obłędzie do końca i bez wyjątków. Wreszcie bardzo niewielu strażaków dało się nawrócić, prośbą, groźbą czy pod wpływem własnego cierpienia, na wiarę piromanów. W książce Broz słyszymy właśnie ich głosy."
Niesłychana jest książka Svetlany Broz. Relacje z wojny na Bałkanach to tylko starorzecze. Podczas, gdy prawdziwe wydarzenia to rwąca, roztokowa i dzika rzeka. Możemy spróbować mieć o nich pojęcie. Pokusić się o parę uogólnień. Ale czerń atramentu nie pokaże jak smakuje ziemia w czasie nalotu. Jak pachnie strach w bydlęcych wagonach. Siedzimy w ciepłych domach, w przerwie między swoimi ważnymi sprawami przeczytamy dwa rozdziały i pomyślimy: „Ależ ta wojna straszna.” Czasem nawet łzy się pojawią. Nieśmiało, nieco zawstydzenie.
Dla nas ten tygiel jest nie do ogarnięcia. Nie do pojęcia. Bagaż długich lat wzajemnych uprzedzeń, stereotypów. Ale także często symbioza, szacunek, zrozumienie. Bo to narody walczyły, a ludzie jak wszędzie, potrafili być podli, potrafili być też szlachetni. Takie wydarzenia przestrzegają przed uogólnianiem. Przed nadawaniem cech narodom.
Svetlana Broz przez wiele lat jeździła po Bałkanach i słuchała ludzi. Nagrywała ich. Szukała relacji pozytywnych. Takich, które mimo morza bólu, krystalizowały krople ludzkiej godności, szlachetności. Ludzkiej walki z upodleniem. Nawet za najwyższą cenę. To książka niebywale istotna. Wracają do mnie stare słowa: „Człowiek może być dobry, ale ludzie zawsze są źli.” I czytam przepiękną ripostę. To słowa Iliji Czovica: „Dziś nie żałuję, że wszystko to przeżyłem, bo gdybym w tym czasie mieszkał za granicą, nigdy bym nie uwierzył, że coś takiego mogło nas spotkać i było tyle zła. Gdyby jednak wszyscy byli źli, Słońce też przestałoby już świecić.”
My w Europie mamy swych idoli. Celebrytów. Jesteśmy gotowi zrobić wiele, by móc ujrzeć ich rozebranych, pokłóconych, szczęśliwych, z dziećmi, z psem. Jesteśmy nieco zazdrośni, lubimy żyć ich życiem, podczas, gdy nie ma w nich krzty bohaterstwa. „Dobrzy ludzie w czasach zła” są idealnie wyważeni. Jest dokładnie tyle samo relacji Serbów, Chorwatów i Muzułmanów. W wielu pojawia się jedno nazwisko: Mile Plakalovic.
Jestem ciekaw ilu Europejczyków o nim słyszało. W czasach największego kryzysu, walk partyzanckich, walk oblężniczych, zbrodni, gwałtów, zatrzymań, podpaleń Mile Plakalovic był taksówkarzem. Jeździł całe dnie po Sarajewie i zbierał z ulicy rannych. Zawoził ich do szpitala. W międzyczasie zawoził ludziom, mąkę, cukier, słodycze. Ludziom przypadkowo spotkanym. Nieznanym. Nigdy nie pytał ich o nazwisko, nigdy nie pytał o narodowość. W kilku relacjach pojawia się ta osoba. Niektórzy mówią o nim „Słynny Mile”. Słyszało o nim wielu, choć nie tak wielu zapewne pomógł bezpośrednio. Chyba gdy ludzka godność jest już do cna podeptana, wtedy w jednostkach budzi się nadludzka bezinteresowność. Niepohamowana skłonność do poświęceń. Mile nigdy nie marzył o wspanialszej nagrodzie, niż radość i szczęście osób, dla których ryzykował życie.
Za Haszimem Bajicem:
„Na Nowy Rok przyszedł do nas do domu ze swoim przyjacielem i przyniósł prezenty dla dzieci. To były pierwsze prezenty, jakie dostały w życiu.
Trzy lata po wojnie zdjęcia Mila stoją na naszym stole. Jego wizyta jest dla nas wszystkich świętem. Także dziś”
I zbytecznym jest dodać, że Mile to Serb. Haszim jest Muzułmaninem. Najważniejsze, że obaj są Ludźmi. W przeciwieństwie do celebrytów, Mile jest prawdziwy.
poniedziałek, 26 kwietnia 2010
poniedziałek, 19 kwietnia 2010
Klimat
Tak się przypadkiem poskładało w życiu, że to moja ostatnia prosta, by stać się geografem. Widziałem już wiele kłótni, na temat zmian klimatycznych. Ludzi wszelakiej maści. Naukowców, pseudonaukowców, pasjonatów i ignorantów. I zawsze mnie fascynowało, jak to z tym klimatem jest. Naprawdę trudno dotrzeć do dobrych opracowań. Ale…
Co zastanawiające. Na początku XIX wieku odkryto rolę dwutlenku węgla w procesie fotosyntezy. Wtedy świat nauki przekonany był, że wie o tym gazie już niemal wszystko. Jednak w tym samym czasie pojawiło się pytanie, dlaczego Słońce nie jest w stanie rozgrzać Ziemi do czerwoności. Zaczął się nad tym zastanawiać matematyk, Jean Baptiste Fourier. Obliczył bilans energetyczny Ziemi i Słońca i wyszło, że Ziemia powinna być zupełnie zmrożona, z temperaturą średnią -15 stopni Celsjusza. Ale tak nie było. Czyli nie całe ciepło czmycha z naszej atmosfery. Część w jakiś sposób musi zostać zatrzymana.
Do tematu powrócono w Szwecji na początku XX wieku. Chemik Svante Arrhenius przekonywał swój naród, by w ramach ocieplenia chłodnego szwedzkiego klimatu zwiększał spalanie węgla. Większa ilość dwutlenku węgla w atmosferze miała przyczynić się do ocieplenia klimatu. Tym samym tematem nieco później zajął się klimatolog Michaił Budyko, który miał podobny pomysł, by pozbawić lodów Syberię.
Jednak temat gazów szklarniowych był w nauce zupełnie marginalny. W podręcznikach akademickich z lat siedemdziesiątych występował bardzo sporadycznie. Pierwszy pomiar dwutlenku węgla w powietrzu i wodzie oceanicznej przeprowadzono w 1958 roku (badania bezpośredniej zawartości dwutlenku węgla w atmosferze wykonywano od 1812 roku do połowy XX wieku, także przez wybitnych naukowców analitycznymi metodami, jednak Międzynarodowy Zespół do spraw Zmian Klimatu z tylko sobie znanych przyczyn postanowił te badania w swych raportach odrzucić) . I to pomiary od 1958 roku są dziś koronnym dowodem na winę człowieka w sprawie ocieplenia klimatu. Mimo, że jeszcze w 1970 roku cały świat naukowy wieścił nadejście epoki lodowej.
Obraz ocieplającej się planety wyłonił się z badań zawartości dwutlenku węgla w rdzeniach lodowych Antarktydy. Badania te potwierdziły, że klimat się ociepla. Jednak nie mówi się już zupełnie o stwierdzonym fakcie, że zawartość dwutlenku węgla w powietrzu pobranym z lodu jest od 30 do 50% mniejsza, niż rzeczywiście była w atmosferze. Tak więc rdzenie lodowe zupełnie nie nadają się do analizowania składu chemicznego atmosfery.
Jakie zaś są fakty. Od kilku ładnych lat temperatura na świecie nie rośnie, a raczej maleje. Jej maksimum przypadło na rok 1998. Przez ostatnie 10 lat roczny przyrost dwutlenku węgla ze spalania paliw kopalnych i procesów przemysłowych zwiększył się trzykrotnie. Zgodnie więc z hipotezą lansowaną przez IPCC – Międzynarodowy Zespół do spraw Zmian Klimatu – temperatura powinna się podnieść, a nie obniżyć.
W XX wieku całe ocieplenie klimatu wyniosło 0,74 stopnia Celsjusza. Jednak coraz to nowe doniesienia mówią nam o zimie w miejscach, gdzie do tej pory jej nie było.
Co ciekawe, modele komputerowe IPCC nie są zbyt zgodne z rzeczywistością. Są raczej projekcją poglądów ludzi, którym na ociepleniu klimatu zależy. Modele mówią, że efekt cieplarniany wywołany emisją dwutlenku węgla przez człowieka, spowoduje największe ocieplenie w rejonach polarnych. Szacuje się, że temperatura w tych rejonach może wzrosnąć nawet o 12 stopni Celsjusza. Badania temperatury w rejonach polarnych w latach 1930 – 1990 mówią o obniżeniu temperatury średnio o 2 stopnie Celsjusza.
Jednak w sprawach zmian klimatu najwięcej do powiedzenia mają najbogatsi. Najbogatsi, którzy przestali być już dominującymi emitorami dwutlenku węgla. Dzięki nowej technologii coraz bardziej emisje ograniczają. Państwa wciąż rozwijające się nie mogę sobie na zmniejszenie emisji pozwolić bez drastycznych cięć wydatków. A przecież rozchodzi się o handel emisjami. Lobby jednak jest tak silne, a w grę wchodzą tak wielkie pieniądze, że raczej trudno polityków i naukowców podejrzewać o zdrowy rozsądek i obiektywne działanie.
Wniosek jest prosty, z powodu zmiennych cyklów Słońca, lodowce topnieją. Jednak chyba przeceniamy się mówiąc, że jesteśmy tak istotną jednostką w łańcuchu przemian Ziemi, że wpływamy na nią tak drastycznie. Chodzi raczej o pieniądze, nie o prawdę.
Korzystałem z opracowań Zbigniewa Jaworowskiego i Adama Zubka.
Co zastanawiające. Na początku XIX wieku odkryto rolę dwutlenku węgla w procesie fotosyntezy. Wtedy świat nauki przekonany był, że wie o tym gazie już niemal wszystko. Jednak w tym samym czasie pojawiło się pytanie, dlaczego Słońce nie jest w stanie rozgrzać Ziemi do czerwoności. Zaczął się nad tym zastanawiać matematyk, Jean Baptiste Fourier. Obliczył bilans energetyczny Ziemi i Słońca i wyszło, że Ziemia powinna być zupełnie zmrożona, z temperaturą średnią -15 stopni Celsjusza. Ale tak nie było. Czyli nie całe ciepło czmycha z naszej atmosfery. Część w jakiś sposób musi zostać zatrzymana.
Do tematu powrócono w Szwecji na początku XX wieku. Chemik Svante Arrhenius przekonywał swój naród, by w ramach ocieplenia chłodnego szwedzkiego klimatu zwiększał spalanie węgla. Większa ilość dwutlenku węgla w atmosferze miała przyczynić się do ocieplenia klimatu. Tym samym tematem nieco później zajął się klimatolog Michaił Budyko, który miał podobny pomysł, by pozbawić lodów Syberię.
Jednak temat gazów szklarniowych był w nauce zupełnie marginalny. W podręcznikach akademickich z lat siedemdziesiątych występował bardzo sporadycznie. Pierwszy pomiar dwutlenku węgla w powietrzu i wodzie oceanicznej przeprowadzono w 1958 roku (badania bezpośredniej zawartości dwutlenku węgla w atmosferze wykonywano od 1812 roku do połowy XX wieku, także przez wybitnych naukowców analitycznymi metodami, jednak Międzynarodowy Zespół do spraw Zmian Klimatu z tylko sobie znanych przyczyn postanowił te badania w swych raportach odrzucić) . I to pomiary od 1958 roku są dziś koronnym dowodem na winę człowieka w sprawie ocieplenia klimatu. Mimo, że jeszcze w 1970 roku cały świat naukowy wieścił nadejście epoki lodowej.
Obraz ocieplającej się planety wyłonił się z badań zawartości dwutlenku węgla w rdzeniach lodowych Antarktydy. Badania te potwierdziły, że klimat się ociepla. Jednak nie mówi się już zupełnie o stwierdzonym fakcie, że zawartość dwutlenku węgla w powietrzu pobranym z lodu jest od 30 do 50% mniejsza, niż rzeczywiście była w atmosferze. Tak więc rdzenie lodowe zupełnie nie nadają się do analizowania składu chemicznego atmosfery.
Jakie zaś są fakty. Od kilku ładnych lat temperatura na świecie nie rośnie, a raczej maleje. Jej maksimum przypadło na rok 1998. Przez ostatnie 10 lat roczny przyrost dwutlenku węgla ze spalania paliw kopalnych i procesów przemysłowych zwiększył się trzykrotnie. Zgodnie więc z hipotezą lansowaną przez IPCC – Międzynarodowy Zespół do spraw Zmian Klimatu – temperatura powinna się podnieść, a nie obniżyć.
W XX wieku całe ocieplenie klimatu wyniosło 0,74 stopnia Celsjusza. Jednak coraz to nowe doniesienia mówią nam o zimie w miejscach, gdzie do tej pory jej nie było.
Co ciekawe, modele komputerowe IPCC nie są zbyt zgodne z rzeczywistością. Są raczej projekcją poglądów ludzi, którym na ociepleniu klimatu zależy. Modele mówią, że efekt cieplarniany wywołany emisją dwutlenku węgla przez człowieka, spowoduje największe ocieplenie w rejonach polarnych. Szacuje się, że temperatura w tych rejonach może wzrosnąć nawet o 12 stopni Celsjusza. Badania temperatury w rejonach polarnych w latach 1930 – 1990 mówią o obniżeniu temperatury średnio o 2 stopnie Celsjusza.
Jednak w sprawach zmian klimatu najwięcej do powiedzenia mają najbogatsi. Najbogatsi, którzy przestali być już dominującymi emitorami dwutlenku węgla. Dzięki nowej technologii coraz bardziej emisje ograniczają. Państwa wciąż rozwijające się nie mogę sobie na zmniejszenie emisji pozwolić bez drastycznych cięć wydatków. A przecież rozchodzi się o handel emisjami. Lobby jednak jest tak silne, a w grę wchodzą tak wielkie pieniądze, że raczej trudno polityków i naukowców podejrzewać o zdrowy rozsądek i obiektywne działanie.
Wniosek jest prosty, z powodu zmiennych cyklów Słońca, lodowce topnieją. Jednak chyba przeceniamy się mówiąc, że jesteśmy tak istotną jednostką w łańcuchu przemian Ziemi, że wpływamy na nią tak drastycznie. Chodzi raczej o pieniądze, nie o prawdę.
Korzystałem z opracowań Zbigniewa Jaworowskiego i Adama Zubka.
sobota, 17 kwietnia 2010
Popołudnia
Był mężczyzną, który bał się popołudni. Czasem trudno było wstać mu z łóżka. Ale jak spuścił już nogi, to świat go wciągał. Wsysał zwyczajnie. I jakieś zadania znajdował, które trzymały go w pionie. Po południu, gdy światło zaczynało mięknąć, ale dopiero zaczynało, jeszcze nie było miękkie, zapadał się w sobie. Wybuchała w nim jedna myśl. Inna za każdym razem. Choć czasem się powtarzały. I tak zaczynał rozmyślać o beznadziejności, choć przecież jego życie nie miało z nią nic wspólnego. Beznadziejność rozpinała mu bluzę, przymykała oczy, odchylała głowę. Zaczynała powoli masować skronie. Czuł ulgę. Odprężał się. I już był gotów. Już mógł pieścić swoją ulubioną emocję. Już mógł ubrać się w lęk. Zanurzyć się w nim. Poczuć kołatanie serca. Pot na czole. I nie tylko czole zresztą.
Tak, był mężczyzną, który bał się popołudni. I popołudniami zaczynał bać się wszystkiego. Niczego zewnętrznego. Niczego realnego. I przekuwał ten nierealny lęk na coś realnego. Na śmierć, chorobę, brak sensu, zagubienie. Musiał to nazwać. Musiał określić. Jak najszybciej. Musiał się okłamać, by móc bać się w spokoju, z czystym sumieniem. By czuć się usprawiedliwionym za lęk.
Nigdy mu nie przyszło do głowy, że ten lęk jest z jakiegoś powodu. Myślał, że ludzie skazani są na beznadziejne przypadki. On był beznadziejnym przypadkiem. Lubił się takim widzieć. Popołudniami.
Kiedyś, w autobusie zobaczył vlepkę. 3 rysunki układały się w historię. Na pierwszym szedł facet. Na drugim wsadził sobie głowę w dupę. Na trzecim został tylko dym i napis: „pufffff”. Pomyślał, że jego lęk jest jak dupa. Można się w nim zmieścić. Całym. Że ten strach jest schronieniem.
Pewnego popołudnia nie zapadł się w sobie. Napisał kilka słów. Dodały mu odwagi. Pomyślał, że może nigdy nie dojdzie, skąd jest w nim lęk. Ale że dociekanie tego, sprawia mu radość. Dodaje odwagi. Zaczął dociekać. I poczuł, jakby wyciągnął głowę z dupy… i pomyślał, że to jest dobre.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)