niedziela, 21 lutego 2016

Saharyjska karma


Każdy, kto choć raz wyruszył z domu w dalszą drogę z plecakiem, w którym było wszystko, co potrzeba do życia, wie, jak wiele w podróży zmienia możliwość korzystania z portalu couchsurfing. To wielka przyjemność dać komuś dach nad głową, ale także niesamowita wygoda gdzieś w świecie taki dach dostać. Couchsurfing kiedyś uratował mnie przed byciem bezdomnym przez miesiąc w Lizbonie. W zasadzie to nie couchsurfing mnie uratował, a nieoceniony Frederico Lopes – wiecznie uśmiechnięty Brazylijczyk wprost z Minas Gerais, który chyba nawet spał w swoim kaszkiecie.

W Maroku jednak doświadczenie z couchsurfingiem mieliśmy zgoła inne. Hessin, nasz gospodarz, zaoferował nam nocleg. Zjedliśmy też wspólną kolację. Ale atmosfera tego spotkania była napięta od początku do końca. Nie bardzo też istniała między nami płaszczyzna porozumienia. Zwłaszcza w kwestii językowej. Rodzice Hessina prowadzili w Agdz sklep. W tym sklepie sprzedawali szeroko pojęte wszystko. W sklepie przebywało wielu braci, kuzynów i wujków Hessina. Pewien wujek miał firmę, która organizowała wycieczki na Saharę. Działa to tak: znajduje się Europejczyka, bierze od niego miliony monet, zabiera się ze dwa wielbłądy, idzie na pustynie, pokazuje mu się kilka ładnych ruchomych wydm, potem pali się ognisko, gotuje kolację, zaśpiewa berberską piosenkę i idzie się spać. Nazajutrz się wraca. Europejczyk ma poczucie, że dotknął serca Afryki, że jest dzieckiem słońca i chwycił Pana Boga za nogi, bo przeżył saharyjską przygodę. Pod każdym względem nie byliśmy taką przygodą zainteresowani, co wyraźnie obrażało poczucie dobrego smaku Hessina. Wyplątanie się z tej sytuacji i wytłumaczenie około dwudziestu Marokańczykom, że nie chcemy iść z nimi na pustynię zajęło nam trzy godziny. Oczywiście nie byli w stanie przyjąć argumentu, że nie chcemy. Musieliśmy ich przekonać, że nas nie stać. Na początku nie wierzyli. Gdy już dali się przekonać, skwitowali to słowami: „Sorry mister, no money – no honey.” I wrócili do swoich zajęć.

Jednak, to że nie chcieliśmy, żeby 10 kilometrów od najbliższej miejscowości, koło ładnej wydmy gotował nam wujek Hessina, a jego kuzyn grał nam berberskie pieśni, to wcale nie oznaczało, że pustynia nas nie ciągnęła. W tej podróży nie było żadnego planu. Niczego nie trzeba było zrobić. Każdego dnia robiliśmy tylko to, co aktualnie przyszło nam do głowy. I okazało się, że im dalej na południe byliśmy, im bliżej Sahary, tym bardziej zaprzątała ona nasze myśli. Po opowieści o karawanie do Bamako, o życiu na pustyni przez pół roku. Na myśl o higienie własnych myśli, kiedy dookoła tylko i włącznie piasek, coś głęboko w nas mówiło nam głośno, że w jakiś choćby najmniejszy sposób musimy tej Pustyni dotknąć. Przecież to jest 9 milionów kilometrów kwadratowych braku wegetacji. Przecież ten piach ciągnie się przez 5700 kilometrów. Przecież w jego obrębie znajduje się 11 państw. A my właśnie dojeżdżaliśmy do Zagory, którą każdy w Afryce nazywa bramą do Sahary.

W Zagorze było niespokojnie. Kilkadziesiąt osób wyszło na ulicę protestować. Wciąż trwała afrykańska wiosna. Zamówiliśmy kawę i usiedliśmy, żeby zobaczyć, co można w Zagorze robić. Okazało się, że jest w Zagorze góra. Nazywa się Jebel Zagora. Dość niedaleko miejsca, gdzie właśnie siedzieliśmy. Jak się nie ma żadnego planu, to wejście na górę zawsze daje radę. Postanowiliśmy więc wejść na Jebel Zagora.

Jebel Zagora to na pewno nie jest najbardziej spektakularna góra, jaką można sobie wyobrazić. Niemniej zdobycie jej po wizycie w gwarnej Zagorze było miłą odmianą. Z Jebel Zagora rozpościera się przepiękny widok. Zwłaszcza w stronę południową. Była więc na pierwszym planie droga. Za nią niewielki gaj palmowy. Za palmami natomiast była wielka przestrzeń – ocean piasku. Jak tylko zobaczyliśmy tę przestrzeń od razu pomyśleliśmy o tym samym. Może mamy tylko drobnego Hyundaia i10. Może to nawet nie jest wstęp do Sahary. Może jak tam pójdziemy, to będziemy wiedzieć o tym kawałku świata jeszcze mniej, niż wcześniej. Ale nie mogliśmy odeprzeć myśli, że będąc tutaj musimy w kierunku tego bezkresnego piachu się udać.

Zadbaliśmy więc o zapas wody. Wsiedliśmy do auta i zbyt wiele się nie zastanawiając ruszyliśmy w jedynym kierunku, gdzie mogła być Sahara. Najpierw skończyła się utwardzona droga.

Zgodnie z umową wynajmu auta nie mogliśmy jeździć po nieutwardzonych. Ale pokusa była zbyt wielka. Jechaliśmy tym afrykańskim szutrem dobre pół godziny, jakieś 40 km/h. Upał był niemiłosierny. Nagle po naszej prawej stronie wyrosły wydmy. W pięknym piaskowym kolorze. Wysokości około 30, może 40 metrów. Tak, wiem – cóż to wielkiego taka wydma? Ale atmosfera tej przygody napawała nas niewytłumaczalną miłością do wszystkiego, co pustynne. Do wydm również. Przecież w końcu tu byliśmy. U bram największej pustyni świata. I bram świata, który co roku wydziera Afrykanom spory kawał ich ziemi. Jechaliśmy dalej. Robiło się coraz bardziej pusto. Mijaliśmy najpierw ludzi na motorowerach, pasterzy z kozami, kobiety z kilkorgiem dzieci. Na końcu nie mijaliśmy już nikogo. Czuliśmy lekkie podenerwowanie, bo w końcu robiliśmy coś nielegalnego. Ale radość z bycia częścią tej nicości była zdecydowanie większa.

W końcu warunki na drodze zrobiły się na tyle ciężkie, że nasz Hyundai i10 nie dawał rady. Baliśmy się, że urwiemy koło albo miskę olejową. To był zdecydowanie moment, w którym trzeba było się wycofać. I zawróciliśmy bez żalu. Wiedząc, że zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy, by stać się częścią saharyjskiej przygody. Że te kilkadziesiąt kilometrów pokonane w głąb Niczego były warte naszego czasu i potu (auto nie miało klimatyzacji).

Gdy zawróciliśmy, po chwili przez przypadek zjechałem z drogi. Auto stanęło. I już nie ruszyło. Prawe przednie koło do połowy było w piachu. Zatem podsumujmy: niby jeszcze nie jesteśmy na środku Sahary, ale to mimo wszystko już kawał pustyni. Jechaliśmy w końcu szutrową drogą jakieś kilkadziesiąt kilometrów nie spotykając raczej nikogo. Auto nam się trochę zakopało i nie mamy nawet pół narzędzia, żeby je odkopać. Nie ma też dookoła ani w aucie nic, co można by spróbować podłożyć.

Daniel z entuzjazmem ogłosił: ja się kiedyś w Anglii zakopałem w śniegu. Prościzna. Trzeba tylko pilnować, żeby koła nie buksowały. Ruszasz delikatnie z dwójki. Nie wyrywasz, tylko spokojnie, jak dżentelmen napierasz delikatnie i autko wychodzi, jak złoto. Daj mi. Ja to zaraz zrobię. Jak prawdziwy, angielski dżentelmen. Dżentelmen próbował niemal kwadrans. Auta bardziej nie zakopał, ale też nie ruszył go o centymetr. W końcu wysiadł i zafrasowany powiedział: bez zaciągniętego ręcznego byłoby prościej…

Zwolniliśmy więc hamulec ręczny i w istocie nastąpiła poprawa. Niestety efekt był taki, że koło nieco bardziej się zakopało. Nie działo się teoretycznie nic złego – mieliśmy sporo wody i w sumie w telefonie był jeszcze kawałek zasięgu. Jakoś z tej opresji byśmy wyszli, choć pewnie trochę za ratunek płacąc. Nasza duma nie pozwalała nam się poddać. Siedzieliśmy w tym afrykańskim upale i próbowaliśmy wymyślić, co zrobić.

Nagle w oddali na horyzoncie pojawił się człowiek. Szedł wyraźnie w naszym kierunku. Trzymał też coś w ręce. Byłem przekonany, że jest to pierwsza w moim życiu fatamorgana. Nawet się trochę ucieszyłem. Przecież każdy chciałby zobaczyć kiedyś fatamorganę. Zwłaszcza na Saharze. Daniel jednak też widział tego człowieka. W sumie zbiorowa fatamorgana już nie brzmi tak dobrze, ale zawsze jest to jakieś przeżycie. Człowiek okazał się jak najbardziej realny. W ręce trzymał łopatę. Uśmiechnął się od ucha do ucha i przywitał słowami: bonjour. Za bardzo nie przejmując się nami zaczął odkopywać Hyundaia. Widać było, że odkopał na Saharze niejeden pojazd. Pokazał mi, że mam pchać, Danielowi kazał wsiąść za kierownicę, sam też zaczął pchać i za kilka sekund auto wróciło na drogę, by za moment znów się zakopać. Marokańczyk w ogóle się tym nie przejął. Nic nie powiedział. Od razu zaczął kopać. Odkopał, popchnęliśmy, auto wyjechało, byliśmy gotowi do drogi. Wziął do ręki łopatę i zapytał: cigarettes? Żaden z nas nie palił. Nie mieliśmy też przy sobie fajek. Ukłonił się tylko lekko, uśmiechnął i z łopatą odszedł w swoją stronę.

Po jakimś czasie dojechaliśmy do Zagory i poszliśmy na kawę. Nie byliśmy w stanie przez dłuższą chwilę rozmawiać o tym, co się stało. Chyba obaj mieliśmy silne poczucie, że nam się to przyśniło. Do teraz, gdy wspominamy Maroko upewniamy się, czy aby na pewno obaj przeżyliśmy to naprawdę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz