czwartek, 11 lutego 2016

Jebel Toubkal


Wielu ludzi twierdzi, że by móc podróżować, należy się do tego świetnie przygotować. Dobre przygotowanie do podróży jest rzeczywiście bezcenne. Jednak moje podróżnicze doświadczenie mówi, że bez niego też się da. Żebyśmy się dobrze zrozumieli - nie twierdzę, że bez przygotowania jest lepiej. Wręcz przeciwnie. Nic przyjemnego okazać się w czasie wyjazdu podróżniczą pałą. Ale to nie zmienia faktu, że gdy podróż przybiera znamiona improwizacji, to również może być ciekawie. A na pewno zabawnie.

Ryszard Kapuściński twierdził, że każda podróż zaczyna się jeszcze na długo przed wyruszeniem w trasę i nie kończy się nigdy. Dlatego, że podróż żyje w naszej głowie zanim wstaniemy z kanapy. A z każdej podróży wracamy inni. Dlatego prawdziwa podróż trwa wiecznie. Albo przynajmniej do naszej śmierci.

Początek wyjazdu do Maroka to pewien chłodny, styczniowy wieczór. Na mglistych i deszczowych Wyspach Brytyjskich. Siedzieliśmy w dość przytulnie urządzonym pokoju Daniela w brytyjskim Basingstoke i myśleliśmy o tym, że już za miesiąc będziemy lecieć do Afryki. Ale jak to często w życiu bywa – wszystkiemu winne było drobne nieporozumienie. Ja miałem kupić bilety do Maroka. Daniel miał kupić bilety powrotne. Okazało się, że tylko ja kupiłem bilety tam. Nie mieliśmy natomiast biletów powrotnych. Szybki rzut oka do internetu i okazało się, że możemy wrócić z powrotem z Afryki za cenę czapki śliwek. Jedyne, co musimy zrobić, to przesiąść się na lotnisku Madryt Barajas. I tak miesiąc później, w lutym 2011 roku wylądowaliśmy w Marakeszu. Byliśmy w Afryce 10 dni. I jak to często bywa, mieliśmy wrażenie, że te dni się nigdy nie kończą. Podobnie, jak przygody, które w tym czasie przeżyliśmy.

Więc gdy już poczuliśmy ten afrykański orient na placu Jema-el-Fna, gdy już spróbowaliśmy miejscowych przysmaków, gdy już lokalni naganiacze wykrzyczeli nam w twarz, że u nich taniej, niż w Biedronce, gdy spędziliśmy dwie noce w mieście i pokręciliśmy się po suku, przyszedł czas, by złapać taksówkę do Imlil. To turystyczna, niezbyt piękna mieścina, z której rusza szlak na Toubkal. Mimo, że miasto do najpiękniejszych nie należy, ma swój urok, który zdecydowanie potęguje otaczający je masyw Atlasu Wysokiego.

Znaleźliśmy jakiś Guest house. Wytargowaliśmy cenę. Dostaliśmy pokój z materacami. Bez okien. Pokój wychodził na taras. A z Tarasu widać było góry w świetle księżyca i jakiś miliard gwiazd. To wszystko pachniało wypiekanym chlebem. Daniel puścił z telefonu muzykę. I jakkolwiek słuchanie muzyki z telefonu wydaje się być kretyńskim pomysłem, to jednak tego wieczoru, w tej scenerii i akurat Almonds Eye Stephena Micusa pasowało najlepiej.

Następnego dnia ruszyliśmy pod Toubkal. Schronisko pod Toubkalem położone jest na 3400 m n.p.m. Sam Toubkal ma niespełna 800 metrów więcej. Szlak jest łagodny i malowniczo się wije. Po drodze przecina się rzeczne doliny i jest mnóstwo miejsc, w których można usiąść i poczuć, że nie chce się stąd za nic wracać do domu. Zanim na szlaku na stałe pojawi się śnieg, mija się sklep. Sklep jest na około 3000 m n.p.m. Mała lada, kilku Marokańczyków, setki pomarańczy. Można kupić świeżo wyciśnięty sok lub coca-colę. Obie rzeczy smakują w tym miejscu nieziemsko.

Śnieg ma tę właściwość, że ma duże albedo. Mówiąc po ludzku odbija promienie słoneczne, jak cholera. Zwłaszcza na tej wysokości. Temperatura natomiast jest poniżej zera. W takich warunkach warto mieć krem z filtrem i posmarować nim twarz. Zwłaszcza nos. Co dzieje się z nosem, gdy się go nie posmaruje kremem mieliśmy przekonać się następnego dnia.

W schronisku było wielu turystów. Zwłaszcza Włochów. Wynajmują w Imlil przewodnika z osłem. Osioł niesie sprzęt narciarski Włocha. Przewodnik ciągnie osła. Włoch idzie bez bagażu. Następnie Włoch przez około tydzień wchodzi na okoliczne szczyty i zjeżdża z nich na nartach. Włosi są głośni i dużo jedzą. My nie jedliśmy dużo. Mieliśmy żywność liofilizowaną wiezioną z Polski. To taki proszek. Jak się do niego doda wrzątek, to wychodzi obiad. Żeby mieć wrzątek trzeba ugotować wodę. Żeby to zrobić trzeba mieć palnik. I gaz. Mieliśmy palnik. Nie mieliśmy gazu. Więc o wrzątek poprosiliśmy załogę schroniska. Nie bardzo do nich przemawiało to, co mówimy. Jak można chcieć wrzątek, a nie chcieć obiadu? No ale dali wrzątek. I był obiad. Chilli con carne. Chilli con carne jest jednym z najgorszych liofilizowanych obiadów. Ma w sobie czerwoną fasolę. Suszona czerwona fasola nie przestaje nią być, gdy zaleje się ją wrzątkiem. Więc trzeba uważać, żeby nie połamać sobie na fasoli zębów.

Trzeba też pamiętać o jednej rzeczy. Marakesz jest położony na 465 m n.p.m. Schronisko jest na 3400 m n.p.m. Pokonanie niemal trzech kilometrów w pionie zajęło nam półtorej doby. Więc nasze ciała nieco protestowały przeciwko małej zawartości tlenu. Jest to uczucie bardzo miłe. Z wszystkiego chce się śmiać. I ma się wrażenie, że świat (Włosi w schronisku) są za szybą. Ma się też nieodparte wrażenie, że życie nie do końca dzieje się naprawdę. A zasnąć się nie da, bo tętno 130 i ciągle ma się wrażenie, że zaraz się zapomni, jak oddychać. Więc noc była ciężka, szarpana i raczej nie odpoczęliśmy.

Następnego dnia rano zjedliśmy po turbo-batonie energetycznym i ruszyliśmy na szczyt. Kawał podejścia, sporo śniegu. Raki wypożycza się ze schroniska i bez nich raczej ciężko. Tlenu w nocy było mało, a na górze jest go coraz mniej. Finał jest taki, że chce się rzygać i prawie nie da się iść. Na szczęście doszliśmy w momencie, gdy już naprawdę nie było ani jednej siły więcej. Nos zaczął piec. Świeciło słońce. O okularach słonecznych też nie pomyśleliśmy.

Nie ma co się nad podejściem za bardzo rozwodzić. Jest stromo i jest to kawał roboty do zrobienia w głowie, żeby nie zawrócić. Ale warto. Na pewno byłoby nieco łatwiej, gdyby na śniadanie zjeść coś lepszego, niż cukry proste, gdyby nos posmarować kremem, a na oczy założyć okulary. Ale przecież nie jechaliśmy do Afryki szukać wygód i unikać cierpienia.

Schodząc na dół zatrzymaliśmy się w schronisku na moment, ale jeszcze tego samego dnia chcieliśmy wrócić do Imlil. Poznany dwa dni wcześniej Berber zaproponował nam nocleg. Wróciliśmy do wioski już po zmroku. I ten moment, gdy nad wioską księżyć świecił, jak zły i nagle rozległ się głos muezina był nieporównywalny do niczego, co znam. Odnaleźliśmy dom Berbera i dostaliśmy herbatę. Słodką, jak Scarlett Johansson i pyszną. Dostaliśmy też pokój z materacami. Tym razem były okna.

Następnego dnia okazało się, że na nosie mam odmrożenia i poparzenia na raz. Wygląda to tak, że ma się na skórze strupy w kolorze skórki od pomarańczy. Przeczytaliśmy w przewodniku Lonely Planet, że wracając z Imlil do Asni większość turystów wybiera taksówkę. Ale jest też szlak. Prawie nie chodzą nim turyści. A po drodze mija się siedem malutkich berberskich wiosek. I te wioski z osłami w zaułkach, z pasterzami na wzgórzach, z rodzinami nad potokiem i z czystą ciekawością białego człowieka to naprawdę mocna rzecz. Zajął nam ten spacer cały dzień. Ale było warto. Na końcu złapaliśmy stopa. Kierowca znał wszystkich mieszkańców Asni i każdego pozdrawiał klaksonem. Jechaliśmy starym pikapem. Nie było miejsca w środku więc jechaliśmy na pace.

W Asni najpierw poszliśmy do apteki po krem Nivea. Potem na kebab. Potem chcieliśmy jechać do Ourzazate, ale nie potrafiliśmy wymówić odpowiednio tej nazwy. Więc starym mercedesem pojechaliśmy do Marakeszu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz