Był mężczyzną, który bał się popołudni. Czasem trudno było wstać mu z łóżka. Ale jak spuścił już nogi, to świat go wciągał. Wsysał zwyczajnie. I jakieś zadania znajdował, które trzymały go w pionie. Po południu, gdy światło zaczynało mięknąć, ale dopiero zaczynało, jeszcze nie było miękkie, zapadał się w sobie. Wybuchała w nim jedna myśl. Inna za każdym razem. Choć czasem się powtarzały. I tak zaczynał rozmyślać o beznadziejności, choć przecież jego życie nie miało z nią nic wspólnego. Beznadziejność rozpinała mu bluzę, przymykała oczy, odchylała głowę. Zaczynała powoli masować skronie. Czuł ulgę. Odprężał się. I już był gotów. Już mógł pieścić swoją ulubioną emocję. Już mógł ubrać się w lęk. Zanurzyć się w nim. Poczuć kołatanie serca. Pot na czole. I nie tylko czole zresztą.
Tak, był mężczyzną, który bał się popołudni. I popołudniami zaczynał bać się wszystkiego. Niczego zewnętrznego. Niczego realnego. I przekuwał ten nierealny lęk na coś realnego. Na śmierć, chorobę, brak sensu, zagubienie. Musiał to nazwać. Musiał określić. Jak najszybciej. Musiał się okłamać, by móc bać się w spokoju, z czystym sumieniem. By czuć się usprawiedliwionym za lęk.
Nigdy mu nie przyszło do głowy, że ten lęk jest z jakiegoś powodu. Myślał, że ludzie skazani są na beznadziejne przypadki. On był beznadziejnym przypadkiem. Lubił się takim widzieć. Popołudniami.
Kiedyś, w autobusie zobaczył vlepkę. 3 rysunki układały się w historię. Na pierwszym szedł facet. Na drugim wsadził sobie głowę w dupę. Na trzecim został tylko dym i napis: „pufffff”. Pomyślał, że jego lęk jest jak dupa. Można się w nim zmieścić. Całym. Że ten strach jest schronieniem.
Pewnego popołudnia nie zapadł się w sobie. Napisał kilka słów. Dodały mu odwagi. Pomyślał, że może nigdy nie dojdzie, skąd jest w nim lęk. Ale że dociekanie tego, sprawia mu radość. Dodaje odwagi. Zaczął dociekać. I poczuł, jakby wyciągnął głowę z dupy… i pomyślał, że to jest dobre.
Oby, jak to często niestety bywa z blogami, ręka nie przestała trzymać pióra.
OdpowiedzUsuń