niedziela, 2 maja 2010

Lwów

Lwów to nie tylko sentymentalne powroty, przepiękne kamienice, ulice skąpane w letnim słońcu pełne artystów przeróżnej maści. Lwów to też zasrane blokowiska, nędza ziejąca z budynków na wskroś, smród życia pchanego wiecznie przed siebie. Byle jeszcze kilka kroków, byle do jutra, byle jakoś się żyło. Przedmieścia Lwowa to czysty obraz bylejakości. W Parku Stryjskim całujące się pary, sikający żule, matki z dziećmi i staruszki śpiące na ławce. Lwowski Rynek zaś potrafi człowieka urzec. Ma się wrażenie, że to miejsce żyje tylko i wyłącznie swoim życiem. Że odległe krainy, inne światy nie istnieją. W ogóle się nie liczą. Można się zatracić w tym spokoju. Chłonąć wydarzenia, których Lwów był świadkiem, których świadkiem wciąż się staje. A babcie niezmiennie od lat sprzedają przepyszne, ociekające tłuszczem pirożki. Słychać dźwięki z dna duszy niewidomego grajka. Na innej ścianie siedzi zapuszczony facet na wózku. Włosy ma tak brudne, że przypominają dredy, poczochrana broda, dzień w dzień w rękawiczkach bez palców, choć jest nieludzko upalnie. Przebiera bez żadnych emocji palcami po flecie. Nie rusza się z miejsca, siedzi w wózku całe dnie. Przywykł do tego miejsca, przyrósł do niego. Czasem tylko rozciera w tych swoich rękawiczkach leżące na wózku kikuty.

Ale miasto to nie tylko mury. Miasto to przede wszystkim ludzie. To do ludzi zawsze mnie ciągnie, a nie do murów. Ci we Lwowie byli niezwykle pogodni, otwarci. Podchodzili nieproszeni, by zagadać, gdy tylko widzieli alfabet łaciński na książce. Snuli historię po polsku o tym, jak było tu kiedyś. Jak wiele się zmienia. I o tym, że najważniejsze pozostaje niezmienne. Na pytanie, jak to się dzieje, że tak dobrze mówią po polsku patrzyli z niedowierzaniem i odpowiadali, jakby to była oczywistość: „Przecież mieszkam tu od zawsze.”

Zaczepił mnie mężczyzna około 40 lat. Pachniał papierosami i zajeżdżał alkoholem. Niewiele pytał, po prostu zaczął mnie oprowadzać. Mówił do mnie po polsku. Z wielką łatwością. Zaciągnął mnie we wszystkie ważne miejsca, które turysta powinien zobaczyć. Katedry, pomniki, pamiątki, miejsca, gdzie wielkiej historii można wręcz dotknąć. Nie powiem, to ciekawe. Tramwajem numer jeden można przejechać trasę niezmienną od, bez mała, stu lat. Ale miasto to nie mury. Miasto to przede wszystkim ludzie. Spytałem mojego przewodnika o ludzi, a on zaprowadził mnie w wąską uliczkę. Tam pod jednym z niezliczonych kościołów w tym mieście stał o kulach starzec. Był drobniutki, włosy miał rzadkie i siwe. Pomyślałem, że taki kolor musi mieć biały kruk, jeśli istnieje. Broda nierówna i poszarpana. Od czasu do czasu zatrzymywali się koło niego ludzie i częstowali go fajkami. Był brudny. Umorusany od stóp do głów i ciągle się uśmiechał. A uśmiech miał zniewalający. Rozświetlał tym uśmiechem swój orli nos. Był to naprawdę szelmowski wyraz twarzy. Kurzył fajkę za fajką, chował się w cieniu i uśmiechał. Mój przewodnik spojrzał na mnie i powiedział mi, że starzec jest polskim lotnikiem, który walczył jeszcze w drugiej wojnie światowej. Niestety o bohaterach obecne czasy lubią zapominać. I o nim także zapomniały. Tylko nieliczni, którzy wiedzieli, jaka jest jego historia, codziennie częstowali go fajkami. Na szyi wisiał mój aparat. Wystarczyło wyciągnąć i nacisnąć spust. Światło było przecież doskonałe, a on krył się w półcieniu. Nie chciałem kraść tego obrazu. Coś mnie przed tym wstrzymywało. Może to, że gdybym zrobił wtedy to zdjęcie, nie miałbym teraz przed oczami jego uśmiechu.

1 komentarz:

  1. Mawiają, że czasem jeden obraz mówi więcej niż 1000 słów... Również ten, który mamy w naszych myślach... Zdjęcia giną, blakną, niszczą się... A obrazy w naszych myślach trwają i trwają... Więc czasem może lepiej nie zrobić tego zdjęcia... :-)

    Fajny blog :-) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń