„Komu potrzebne jest Kosowo? Albo Macedonia? Małe, zapomniane kraje, które dla jednych stanowią jedynie kłopot, a dla innych łup. Gdy świat odwróci na chwilę od nich wzrok, po prostu przestaną istnieć, bo dzisiaj istnieje tylko to, co jest dostrzegane przez innych. Istnienie samo w sobie dawno już straciło sens.”
Andrzej Stasiuk, Fado
Wyjazd na Bałkany, żeby je zrozumieć to głupi pomysł. Bałkany można jedynie poczuć. Wracam stamtąd i wiem jeszcze mniej. Czuję się jeszcze bardziej bezradny. Ale wiem, że nie o zrozumienie tu chodzi. Bałkany trzeba poczuć. I już nigdy nie zapomnieć.
Jak to więc było z tym Kosowem? Czy jest ono komukolwiek potrzebne? Są ludzie, dla których jest to dom. I nigdy być nim nie przestanie. I są też ludzie, którzy na tym konflikcie postanowili się wzbogacić. I przyzwyczaili się bardzo do swoich dużych domów, dużych samochodów i pokojówek. Boją się to utracić. Więc mają w dupie zwykłego człowieka. Tak samo silnie, jak zwykły człowiek ma w dupie ich i ich raporty na tematy nikogo nie obchodzące.
Bo z tym Kosowem to zawsze był problem. W 1455 sprowadzili się tam Turcy. I zaczęli islamizować. Ale nie jakoś nachalnie i na siłę. Na początku grzecznie. Prośbą. Szanowali Chrześcijan i nie robili im krzywdy. Islamizacja postępowała powoli. W wieku XVI i XVII ciągle wzrastające podatki dla chrześcijan skłaniały coraz więcej ludzi do przejścia na islam. Dodatkowo w 1690 nastąpiła wielka wędrówka Serbów. Uciekali zwyczajnie przed represjami pod skrzydła cesarza austrowęgierskiego.
Z biegiem czasu sytuacja chrześcijan zaczęła się diametralnie pogarszać. W każdym wieku jakiś oszołom ograniczał ich swobody, piętnował i zmuszał do zmiany religii. W 1912 roku, kiedy nastąpiło rozstrzygnięcie pierwszej wojny bałkańskiej historia wypięła się na Kosowarów. Po utworzeniu niepodległej Albanii, Kosowo, na którego terenach toczyła się większość walk, zostało na prawie 100 lat wcielone do Serbii. Zwyczajnie wydymano ich bez mydła więc co się dziwić, że się sfrustrowali.
W pierwszej wojnie światowej Serbowie nie zabłysnęli. Kosowo wówczas zostało podzielone pomiędzy dwóch okupantów: Bułgarię i Austrię. Potem stało się częścią Królestwa Serbów, Chorwatów i Słoweńców, a następnie Jugosławii. Jako autonomicznej jednostce nadano Kosowu prawa, których realizacja odbywała się tylko na papierze. W istocie byli gnębieni, poniewierani i w sumie nic dziwnego, że narastało w nich siarczyste wkurwienie. Zwłaszcza, że postanowiono pozbawiać Albańczyków majątków i oddawać go w ręce Słowian. Dodatkowo w 1939 rozpoczął się program deportacji muzułmańskich.
Po wojnie jakoś tak powiało poprawą. Albania i Jugosławia zaczęły ściśle współpracować. Namawiano też Muzułmanów, by określali się, jako Turcy. Mogli wówczas bez przeszkód wyemigrować do Turcji. W 1968 przyznano Kosowu jeszcze większą autonomię i utworzono Uniwersytet Priszteński, w którym nawet zdarzało się nauczać po albańsku. W 1974 nastąpiło kolejne rozszerzenie autonomii Kosowa, które praktycznie zrównało je w prawach z niepodległymi republikami. Nadal jednak używano określenia prowincja autonomiczna.
Tito wiedział, że nadanie pełnej autonomii Kosowu przysporzy mu problemów. Że Serbowie się zbuntują. Jednak sprawa Kosowa stała się na tyle palącą, że była ona głównym przedmiotem w sporze o władze. W latach 80. W tym sporze zwyciężył serbski nacjonalista Slobodan Milosevic. No i zaczął się kwas.
Nowa konstytucja zniosła całą kosowską autonomię. Albańczyków zaczęto zwalniać ze stanowisk. Uniwersytet w Prisztinie stał się uczelnią serbską. W 1992 roku prezydentem samozwańczej Republiki Kosowa został Ibrahim Rugova. Jak można się domyślać, Belgrad za bardzo wynikiem wyborów się nie przejął. W czasie wojen w Słowenii, Chorwacji i Bośni polityka biernego oporu kosowskich Albańczyków przyniosła względny spokój. Jej ceną jednak był wzrost frustracji. Musiało w końcu jebnąć. No i tak też się stało. Do 1997 roku represje antyalbańskie narastały. Więc Albańczycy doszli do wniosku, że walczyć można jedynie zbrojnie. Więc utworzyli UCK (Wyzwoleńcza Armia Kosowa). Eskalacja konfliktu przypadła na rok 1998. 400 tys. Alnbańczyków uciekło do Albanii i Macedonii. Serbowie też nie czuli się zbyt pewni i uciekali w obawie przed odwetami.
NATO postanowiło wkroczyć dopiero po maskarze we wsi Racak. 24 marca 1999 roku. Choć wiele wskazuje na to, że masakra w Racak to była zwyczajna prowokacja. Racak to wieś w środkowym Kosowie. Znajdowała się tam jedna z baz UCK. 15 stycznia 1999 roku Serbowie ostrzelali Racak. Na miejsce przyjechali przedstawiciele OBWE. Zawieszono broń na kołku i Serbowie się wycofali. Obserwatorzy znaleźli jedną zabitą osobę i 4 rannych. Choć walki nie były już toczone, następnego dnia znaleziono w Racak 40 zabitych. Dodatkowo przedstawiciel USA, ten jeden jedyny raz, nie nakazał, jak zwykle odgrodzić terenu mordu, lecz udostępnił z marszu dziennikarzom wszystkie dowody rzekomej zbrodni. Ciała prawdopodobnie zostały celowo podłożone z innych terenów walk. Mimo, że wszystko wskazywało na mistyfikację, a Le Monde i Le Figaro zdemaskowały spisek, wielu dziennikarzy łyknęło historię, jak młode łabędzie. W świat poszła wiadomość o ludobójstwie w Racak. Więc NATO zbombardowało strategiczne cele na terenie Serbii. Stąd naprawdę gigantyczna nienawiść Serbów do NATO. Krytykowano przede wszystkim wybór celów bombardowań. Ich zniszczenie uderzyło głównie w cywilów. 12 czerwca 1999 roku Milosevic zgodził się na warunki pokojowe i ONZ-owskie siły KFOR zaczęły wkraczać do Kosowa. Władzę przejęła tymczasowa administracja pod auspicjami ONZ.
Usłyszałem niedawno słowa: „Jeśli ktoś Ci powie, że ONZ jest organizacją nieefektywną i skorumpowaną, to ma rację.” Po tragedii w Srebrenicy i Ruandzie błękitne hełmy zmieniono na hełmy narodowe. UN zmieniono na KFOR. W 2004 roku doszło do pogromów marcowych. Uzbrojeni Albańczycy wdzierali się do enklaw serbskich chronionych przez KFOR. Od 2005 roku sytuacja Kosowa stała się dramatyczna. Kraina stanęła pod ścianą. Serbowie chcieli utrzymać Kosowo, jako autonomiczną prowincję, Albańczycy pragnęli niepodległości. Negocjacje prowadziły donikąd. Jednak nie dało się dłużej utrzymać status quo. W listopadzie 2007 roku odbyły się wybory do parlamentu kosowskiego zbojkotowane przez większość Serbów. Po pół roku nastąpiło ogłoszenie niepodległości. Obecnie spośród 27 państw Unii Europejskiej 22 uznaje republikę Kosowa. 3 państwa jej nie uznają, a 2 nie wiedzą, czy chcą ją uznać, czy też nie. Na świecie Kosowo uznało 69 państw. To około jedna trzecia wszystkich państw świata.
Kosowo jest wielkości województwa świętokrzyskiego. Jest 3 razy mniejsze od Wielkopolski. Mieszka w nim nieco ponad 2 mln ludzi, z czego 88 % to Albańczycy, a 6 % stanowią Serbowie. Przyrodniczo piękny kraj. Urbanistycznie, niewyobrażalna szkarada.
Na granicy macedońsko – kosowskiej panował spokój. Jedyne zaniepokojenie widać było wśród strażników. Do Macedonii jechały dwa autobusy z ukraińskimi żołnierzami. No i nie chcieli ich puścić, co oczywiście nie bardzo się żołnierzom spodobało. Więc żołnierze wyszli z autobusu, stanęli w dużym rozkroku, założyli ręce pod pachy i w swoich słonecznych okularach przedstawiali swoje argumenty. Gdy żołnierz stanie w takiej pozycji jego argumenty od razu wydają się bardziej racjonalne. Przynajmniej dla bezpośredniego rozmówcy.
Ze Skopie do Prisztiny, stolicy Kosowa, jedzie się niespełna 3 godziny. W zasadzie pierwsze wrażenie na temat Kosowa jest bardzo klarowne. Są tylko trzy możliwe stany w tym kraju. Góry, przedmieścia i miasta. Nie ma innych rodzajów przestrzeni. I w sumie pierwsze wrażenie staje się ostatecznym. Tak już ten kraj jest urządzony.
Więc do miast wjeżdża się długo. W zasadzie podróż do innego miasta dzieli się na krótki epizod jazdy międzymiastowej i bardzo długi epizod pokonywania przedmieść. Gdy już się miasto osiągnie, najczęściej jest to absolutny przestrzenny i architektoniczny burdel. Śmieci, ludzie, zwierzęta i niedokończone budynki. Większość handlu odbywa się na ulicach. Ludzie siedzą i gapią się na wszystko, co inne. Gadają, gestykulują i sprawiają wrażenie nieco otępiałych.
Albańczycy z Kosowa to liberalni muzułmanie. Piją alkohol i nie zawsze chadzają do meczetu. Słowianom dziwne wydaje się ich zbieranie w grupach tej samej płci w czasie wieczornej socjalizacji. Raczej nie zdarza się, żeby mężczyźni spędzali w barach i na ulicach czas z kobietami. Chyba, że to ich żony.
Przewodnik po Bałkanach mówi, że Prisztina nie stanowi atrakcji turystycznej w klasycznym tego pojęcia rozumieniu. I myślę, że to święta prawda. Stolica Kosowa jest po prostu brzydka. Nie widać w niej żadnych terenów zielonych. Nie widać jakiejś głębszej myśli przestrzennej. Po prostu wąskie ulice ze straganami i domy najczęściej niedokończone. Kosowo nie ma swojej gospodarki. Żyje z pomocy zagranicznej i z pieniędzy przysyłanych rodzinom najczęściej z Niemiec. Dlatego na ulicach przeważają głównie drobne biznesy. Raczej mające zabić czas, niż przynieść dochód.
W stolicy na każdym kroku widać auta korpusu dyplomatycznego. Jest ich chyba tak samo dużo, jak zwykłych aut. Co chwile spotyka się siły KFOR-u. W Prisztinie w powietrzu czuć niezdecydowanie. Niechęć do działania. Czuć też pewien rodzaj zagubienia. Wieczorami, siedząc przy otwartym oknie, odpoczywając do upału, można usłyszeć odległe serie z AK-47. Panuje w Prisztinie spokój. Jest bezpiecznie. Ale każdy ma broń i wie, jak jej użyć w razie czego.
Na każdym kroku widać przerażającą, czerwono – czarną flagę Albanii. Są nią oflagowane wszystkie wesela. A jest ich sporo. Jedzie wówczas przez miasto konwój i trąbi, jak opętany. To akurat normalne. Ale oni dodatkowo ciągle wymachują albańską flagą. Z okien aut, z szyberdachów. Mają je też poprzyczepiane do lamp. A ten dwugłowy ptak jest nieco straszny. Jakby połknąć chciał wszystko bez gryzienia.
Jest też nieograniczona miłość do tych, którzy w utworzeniu państwa pomogli. Wielkie bilbordy z Tonym Blair’em otrzymującym kwiaty od małej dziewczynki i napis: ‘A friend, a leader, a hero.’ Są gigantyczne plakaty z Billem Clintonem. Restauracje Bill Clinton. Ulice Billa Clintona i George’a Bush’a. Dokładnie za to, za co wdzięczni są im kosowscy Albańczycy, nienawidzą ich Serbowie. Zbombardowany w 1999 roku budynek w samym środku Belgradu stoi w takim stanie do dziś – ku pamięci.
Na wzgórzu położona jest ogromna baza KFOR-u. Tuż obok niej zagłębie podróbek. Prawo autorskie w Kosowie albo nie istnieje, albo wszyscy mają je w dupie. Obok bazy KFOR-u ( żołnierze to przecież bogata grupa społeczna) znajduje się salon Rolexa. W Polsce o otwarciu salonu Rolexa (upragnionego salonu) zrobiono reportaże w idiotycznych programach z cyklu: kto kogo złapał za cycek i kto z kim pił wódkę. W Prisztinie salon Rolexa to niewielka drewniana budka z desek. A w niej wszystkie możliwe modele. Za kilkadziesiąt euro. Jest też słynny market MiniMax. Tam można kupić wszystko. Od gier, filmów i zegarków, po ciuchu i gadżety. Wszystko najlepszych marek. Wszystko perfidnie tanie. A w środku żołnierze, Włosi, Grecy, Rumuni. Całe NATO. Na dole jest dział z płytami. Filmy, które w Polsce wchodzą do kin można kupić za pół euro. Nie opłaca się obciążać łącza i tracić pieniędzy na pustą płytę.
Kosowo to mały kraj. Ale pokonywanie w nim odległości jest podobne do przemieszczania się po Polsce. Między miastami jedzie się kilka godzin. Głównie przez stan dróg, duży ruch i górzystość terenu. W autobusie zawsze słychać jazgoczące habibi. Turecka trąbka na początku przywołuje ciekawy orient. Po godzinie nie można jej słuchać. Wszystkie teledyski puszczane w autobusach są takie same. Pląsający muzycy śpiewają wciąż na tą samą nutę. Po dłuższym czasie wpędza to człowieka w rozpacz.
Do Prizren jedzie się jakieś 3 godziny. W porównaniu z Prisztiną to architektoniczna perła. Najbardziej turystyczne kosowskie miasto. Nad miastem góruje dumnie zamek. Nad rzeką wylegują się kamienne mosty. Rzeka śmierdzi starą rybą, a na brzegach walają się śmieci. Widok na Pirzren ze szczytu wzgórza, z kamiennego zamku jest zjawiskowy. Dodatkowo na zachodzie widać dumne i piękne Góry Przeklęte. Prizren jest jakieś. A to już dużo. Można po nim spacerować, można w nim żyć i człowiek nie czuje się przytłoczony. Mimo, że jest baza KFOR-u, nie ma w Prizren aż tak wielu międzynarodowych.
Komu więc potrzebne jest Kosowo? Chyba najbardziej pracownikom UNMiK (Tymczasowa Misja Administracyjna Narodów Zjednoczonych w Kosowie). Przyjeżdżają oni do Kosowa. Piszą raporty na temat planowania przestrzennego, budowy dróg, wodociągów, kanalizacji, organizacji życia i rozwoju, a potem to wszystko trafia do szuflady. Bo kosowscy Albańczycy mają w dupie te ich raporty. Nie przywykli do zrównoważonego organizowania swojej przestrzeni. Zupełnie im na tym nie zależy. Władzę wykorzystuje się dla dorobienia się, nie do poprawy jakości życia. Wychodzi się z założenia, że jeśli państwo nie będzie zbytnio obywatelowi przeszkadzać, to on już sobie życie zorganizuje. Więc międzynarodowi piszą te raporty, ślęczą nad komputerami z miną srającego kota, potem nikt tego nie czyta, ale to nieważne. Bo zarabiają swoje 6-8 tysięcy euro miesięcznie. Stać ich na wygodne życie i o wiele więcej. Czasem komuś się wymknie, że przydałby się w Europie kolejny konflikt, bo to przecież niezła kasa.
Politycznie słychać głosy, że USA poparło Kosowo z prostego powodu. Żeby namieszać Unii Europejskiej w jej strefie wpływów. I jest w tym sporo prawdy. Unia zdecydowała się pompować kosmiczne pieniądze do Kosowa i choć była to idiotyczna decyzja, nie ma od niej odwrotu. Wydaje się więc, że są ludzie, którym na istnieniu bądź nieistnieniu Kosowa zależy dużo bardziej, niż samym Albańczykom. Albańczycy, niezależnie od statusu międzynarodowego, poradzą sobie. Radzą sobie przecież nie od dziś. To naprawdę przemili i otwarci ludzie. I to chyba najważniejsza refleksja po powrocie z Kosowa.