niedziela, 12 grudnia 2010

topole

Chyba każdy tak ma, że czasem wpadają mu w ręce słowa i już nie trzeba nic więcej. Żadnej głoski, tchnienia, gestu. Tam wszystko już jest zaklęte. Na swoim miejscu. Nic nie trzeba przestawiać:


PYLIŁY TOPOLE

Miałaś alergię na topole, więc trzymałem cię w domu
całą wiosnę.
Opiekowałem się tobą, karmiłem jak w niebie ambrozją,
to jest kaszą jaglaną z miodem.
Malowałem ci policzki marchewkowym sokiem,
żebyś nie była taka blada.
I pieściłem cię bez przerwy,
żebyś nie była taka smutna.
aż twoje włosy na karku układały się w pierścionki
mokre od potu.
Naprawdę się starałem, naśladowałem Boga,
chcąc stworzyć cały świat z jednego słowa
(jest takie słowo, które daje te szansę).
I w końcu się udało –
pierwsze moje tchnienie o świcie i stanęłaś w ogniu.
Zaistniałaś tak mocno, że musiałem zniknąć.
Musiałem wyjść z domu, aby szukać siebie.
Widziałem wiatr, słyszałem słońce,
Ale to nie ja byłem ich autorem.
Pyliły topole.

A.J.