wtorek, 21 czerwca 2011

Po pierwsze..

"Po pierwsze przyjaciele.

A poza tym:
Chcieć niezbyt wiele.
Wyzwolić się z kultu młodości.
Cieszyć się pięknem.
Nie dbać o sławę.
Wyzbyć się pożądliwości.
Nie mieć pretensji do świata.
Mierzyć siebie swoją własną miarą.
Zrozumieć swój świat.
Nie pouczać.
Iść na kompromisy ze sobą i światem.
Godzić się na miernotę życia.
Nie szukać szczęścia.
Nie wierzyć w sprawiedliwość świata.
Z zasady ufać ludziom.
Nie skarżyć się na życie.
Unikać rygoryzmu i fundamentalizmu."

prof. Leszek Kołakowski, "Niezbędnik Inteligenta", 18 września 2004.


Bo szczęście do ktoś do kochania i coś do zrobienia. Aż tyle.
I szczęście jest jeszcze, jak w skrzynce jest mejl, a w nim słowa od dawno
niewidzianego przyjaciela:

"i just remember your smile and desire to enjoy life when i met you!
life is turning a lot isnt it?"


Yes it is Francesc. Indeed.

poniedziałek, 13 czerwca 2011

Coraz bardziej jawa

"Moja zdolność wyrażania emocji skurczyła się do zestawu emotikonów. Na całą wmawianą mi komplikację świata mam jednoznaczne, proste reakcje: "lubię", "nie lubię". Dwa zdania do kupy jeszcze sklecę, ale jaki jest związek pierwszego z trzecim - trochę nad tym nie panuję. W ogóle ze skupieniem mam problem i ze zrozumieniem instrukcji obsługi - na szczęście wszystko jest teraz intuicyjne. Mam swoje sposoby na szybkie zdobywanie informacji, gorzej z ich przetwarzaniem i weryfikacją. Ciągle daję sobie wmawiać nowe potrzeby, kupować to, co wszyscy i mieć przy tym poczucie wyjątkowości. No bo skąd mam wiedzieć na czym polega wyjątkowość. Przecież nie czytam..."

Paweł Goźliński, Gazeta Wyborcza z 13 czerwca 2011 - wydawca Agora SA, strona 17.

To był straszny sen autora o nieczytaniu. Coraz częściej to kurewsko przerażająca jawa.

niedziela, 12 czerwca 2011

Czarnohora

Wszystko odmierzane było krokiem. Wszystkie czynności. Całe życie. Wystarczyło tylko iść. Pasły się konie, padał deszcz, przez przełęcze wędrowały chmury. Po prostu. Z ogromnym spokojem.

sobota, 11 czerwca 2011

Bo jechać to jest nic - najważniejsze jest to, co w nas zostaje.

Z Truskawca marszrutką jest rzut kamieniem do Drohobycza. Stary ford transit cudem jeszcze trzymał się w jednym kawałku. Gdy zajeżdżał na mały placyk w Truskawcu zostawił za sobą czarny kłąb dymu i smrodu. Kierowca był ogromny, twarz miał brudną i zmęczoną, choć ruszał się żwawo. Ledwo stanął zaczął palić i podkręcił w radiu ukraińskie disco do granic znośności. Zacząłem rozmawiać z nim po polsku. Najpierw zaczął krzyczeć, choć jego oczy nie były w najmniejszym stopniu gniewne. Powtarzał jakieś zdanie, w kółko, za każdym razem coraz głośniej. Przysuwał się przy tym coraz bliżej. Byłem przekonany, że zaraz albo mnie pierdolnie albo Bóg wie co jeszcze innego przyjdzie mu do głowy. On jednak otworzył drzwi szoferki i wpuścił mnie na siedzenie koło siebie. Cały samochód w trakcie drogi do Drohobycza wypełniał nieznośny zapach spoconego człowieka. Oprócz tego staruszki jadące na targ do Drohobycza miały przeróżnej maści produkty rolne, popakowane w bezbrzeżnych siatkach. Wymieszane zapachy tworzyły jeden dziki ferment ukraińskiej zwyczajności. Dla nich była to codzienność. Absolutnie nic nadzwyczajnego. Dla mnie, pośród tego dzikiego kramu, poczucie, że żyję z całych sił.

O Drohobyczu można by pisać wiele. W jego uliczkach można się zatracić. Spacerować w słońcu bez końca. Panuje powszedniość, opleciona delikatnie innością, podszyta tęsknotą, zakropiona szczęściem. Tak właśnie smakują drobne, obce miasta, które adoptują mnie na swojego obywatela. Rynek drohobycki jest bardzo schludny. Jednak to mała ojczyzna Brunona Schultza. Z jego słowem ciężko się zmierzyć:

„Rynek był pusty i żółty od żaru, wymieciony z kurzu gorącymi wiatrami, jak biblijna pustynia. Stare domy, polerowane wiatrami wielu dni, zabarwiały się refleksami wielkiej atmosfery, echami, wspomnieniami barw, rozproszonymi w głębi kolorowej pogody. Zdawało się, że całe generację dni letnich obtłukiwały kłamliwą glazurę, wydobywając z dnia na dzień wyraźniej prawdziwe oblicze domów, fizjonomię losów i życia, które formowało je od wewnątrz. Teraz okna oślepione blaskiem pustego placu, spały; balkony wyznawały niebu swą pustkę; otwarte sienie pachniały chłodem i winem.”

Wszedłem na krótki moment do drohobyckiej fary. W ręku miałem przewodnik napisany po polsku. Bez słowa podszedł do mnie kościelny, Stanisław Wieniarz. Zaczął snuć historie, przeróżne, przedziwne, tutejsze. O mieście, o kościele, o dzwonnicy i o Schultzu. Emanował spokojem, nic nie chciał, poza przekazaniem paru zdań historii. Jego oczy nie błyszczały pasją, miał wyraz twarzy człowieka spełniającego swój obowiązek. Gestykulował rzadko i nieznacznie, po polsku mówił świetnie. Na koniec chciał mi sprzedać obrazki Przenajświętszej Panienki. Mówił, że na kościół. Nie chciałem Panienki, bez słowa pożegnania odszedł urażony. Spokojny i leniwy w swym urażeniu.

Czasem

Czasem człowiek się spina. Spina się, jak cholera. I to nie jest dobre.
Bo życie to nie taka poważna sprawa, jak zwykło nam się wydawać.

W życiu trzeba żyć samym Życiem, a nie naszymi o nim wyobrażeniami.
Czasem te wyobrażenia zasłaniają dosłownie wszystko. Ot co.