środa, 3 sierpnia 2011

Nieznajowa

Zawsze mnie urzekały nieco brudne książki. Ale nie jakieś perwersyjne. Tylko pełne życia. Takiego życia, co nie do końca ma ochotę rozpieszczać. Życia, które nie lubi, jak się z nim pieści. Więc ‘Opowieści Galicyjskie’ nie mogły mnie nie zaczarować. Zresztą ‘Wino Truskawkowe’ też. I zupełnie nieważne gdzie się w życiu jest. Ważne jest z kim. I Beskid Niski to zawsze był taki magiczny, nieco odległy miraż. Wiadomo było, że takie miejsce jest. Że jest tam jeszcze dość pierwotnie. I to sugerowało, że dzieją się tam niezwykłe rzeczy. No i się dzieją…

Jest coś pięknego w nazwie ‘Nieznajowa’. Jedzie się i jedzie na to południe i jakoś tak tej Nieznajowej nie widać. Jakby rzeczywiście chciała być mirażem. W mijanych w Beskidzie Niskim wioskach życie toczy się bardzo powoli. Bardzo spokojnie. Jedną z większych miejscowości jest Krempna. Ale większa nie oznacza wcale duża. Potem jest las. Znak, że na drodze mogą być Rysie. I bardzo niepozorna droga w bok. Koło drogi mieszka kierunkowskaz do nieistniejącej Nieznajowej.

Wzdłuż polnej drogi mieszkają od zawsze łemkowskie krzyże. Droga jest dziurawa, jak cholera. Jest dosłownie kilka zabudowań. Potem rzeka. To absolutny koniec jazdy. Przez rzekę trzeba przejść w bród – jak jest na tyle łaskawa, że na to pozwala.

Studencka chatka w Nieznajowej to niepozorny domek, za którym jest drewutnia. Leży u zbiegu Wisłoki i Zawoi. Te dwa potoki akurat potrafią być bardzo wzburzone. Czasem kradną prowizoryczny mostek i odcinają na krótki czas chatkę od świata. W chatce jest spora kuchnia. W jej rogu mieszka stary kamienny piec. Palenie w nim to mały rytuału. W kuchni wspólnie się żyje. I nie znaczy to absolutnie nic, ale wszyscy mieszkający akurat w chatce wiedzą doskonale, co robić z każdą darowaną w Nieznajowej minutą. Woda jest w studni przed domem. Za zakrętem rzeka robi się nieco głębsza – można tam wziąć prysznic. Żeby zrobić ogień, trzeba przynieść drewno (z szeroko pojętego skądkolwiek), pociąć je i porąbać. Potem wysuszyć i podpalić. Wszystko jest wynikiem pracy czyichś rąk. Nic nie bierze się znikąd. Przez to tak duże ma to znaczenie.

I gdy tak chodzę po tych okolicach, wszędzie patrzą na mnie łemkowskie krzyże, łemkowskie cmentarze, cerkwie i wysokie trawy. Co jakiś czas trzeba wejść do rzeki. Potaplać się w błocie. Przeciąć jakąś drogę. Idę i zupełnie nic się nie dzieje. I ten brak akcji po pierwszej chwili szoku staje się błogi. Na początku się wzbraniam, jakoś tak mi dziwnie. Ale po bardzo krótkiej chwili ten stan staje się bardzo potrzebny. Widzę, że polubiliśmy naszą ułomność kontaktów tylko przez klawiaturę. I że co z tego, że możesz zawsze, zewsząd napisać do kogoś parę słów i do niego zadzwonić. Co z tego, gdy prawdziwą radością jest wspólny spacer, piłowanie drewna, a na koniec dnia, wspólne piwo lub wino Bieszczady za 3,50zł.

Ludzie pod względem organizacji swoich światów często żyją tu niezmiennie od wielu lat. I wcale im to nie przeszkadza. Nie widać w nich z tego powodu poirytowania. Choć dla nich to zupełnie normalne. Nie ma o czym gadać. Po prostu codziennie staje się nowy dzień. Ot i wszystko.

Beskid Niski uczy prostoty, której brakuje w naszych codziennych życiach. Przecież muszą być tak do cna spektakularne. Które muszą wyssać z każdej chwili, co tylko ona daje. W których ciągle martwimy się, że jeszcze za mało nam się udało.

W Nieznajowej wszystko się może nie udać. I właśnie dlatego wszystko się udaje.

Zostawię Was z kilkoma zdjęciami. Zdjęć jest nieco ponad 4 minuty i wystarczy kliknąć tutaj.