Historia zaczęła się w sklepie z książkami. Takim dużym, takim jakie lubimy za ich zapach zadrukowanego papieru i za to, że można w nich spędzić długie godziny, a potem wyjść na ulicę i stwierdzić: "o jest już ciemno..." Tam właśnie, mój własny osobisty brat, z zamiłowania iberofil, kupił zbiór felietonów Arturo Pereza-Reverte.
Perez Reverte urodził się w 1951 roku w Kartagenie. To zresztą też ciekawe. Bo to podobno śliczne miasto. Byłem w Hiszpanii 4 razy. Za każdym razem bardzo blisko Kartageny i nigdy jej nie odwiedziłem. I ten właśnie Perez-Reverte z nieodwiedzonej przeze mnie Kartageny przez lat 21 (od 1973 do 1994 roku) pełnił zgodnie z powołaniem rolę reportera wojennego. Taki prawdziwy dziennikarz z jajami. Taki trochę Waldemar Milewicz, tylko iberyjski. Potem się nieco zeszmacił, zaczął angażować się w strasznie chujowy reality-show. Zresztą sam tego żałował. Ale nie o to. Od 1991 roku do dziś prowadzi rubrykę felietonów w 'XL Semanal' - dodatku do ponad 20 hiszpańskich języków. Ma około 4 milionów czytelników. Dziś to jemu chciałem oddać głos, bo jego 'Piosenka Bożonarodzeniowa' zachwyciła mnie. Niesamowite pióro.
"Może znacie już państwo tę historyjkę albo obiła się wam ona o uszy. Była sobie mrówka, która harowała, jak jasna cholera. Taszczyła do swojego mrowiska ziarenka pszenicy i co tam jej jeszcze wpadło w ręce, cała była spocona, jak mysz, bo był sierpień i było diabelsko gorąco. Otóż chodziła wte i we wte, z tą poważną i zdyscyplinowaną metodycznością, jaka cechuje mrówki gromadzące zapasy na zimę. Była tak bardzo zajęta, że nawet nie spojrzała na pięknego mrówka, który usiłował ją poderwać. „Witaj, morwowa królewno - mówił do niej szarmancko, ocierając się, o nią czułkami - szczęściarzem będzie ten, co rozłoży ci na raz wszystkie sześć nóżek". A ona, taszcząc ziarenko pszenicy albo też liść pietruszki, udawała, że nic nie rozumie i robiła swoje raz-dwa, raz-dwa, ogarnięta obsesją zapełnienia spiżarni, bo później przychodzi zima i dzieje się to, co się dzieje.
Mrówka codziennie przechodziła obok szarańczy bezczelnej jak sto diabłów - baba leżała sobie martwym bykiem w cieniu krzaka rozmarynu i podśpiewywała piosenki Julio Iglesiasa i różne takie, akompaniując sobie na gitarze. „Kto ci uleczy złamane serce" - śpiewała łajdaczka, naigrywając sie z biednej mrówki, kiedy ta pojawiała się w pobliżu. Czasem, gdy szarańcza wypaliła sobie skręta i wpadała w świetny nastrój zaczynała wyzywać mrówkę. „Cześć, stachanówo! - wolała za nią. - Co, nie przystaniesz nawet na chwilę?" I konała ze śmiechu. Albo żeby jeszcze bardziej ją wkurzyć, mówiła, leżąc cała spocona, w cieniu, że mrówka haruje jak wół. „Trzeba mieć nierówno pod sufitem, żeby łazić w tę i nazad, taszcząc pszenicę w ta¬kim upale, ty głupia cipo".
Mrówka rzecz jasna dostawała szału. Czasem zatrzymywała się i wygrażała pięścią szarańczy. „Spadaj i idź się jebać" - mówiła. A szarańcza odpowiadała: „A wiesz, że może pójdę, skoro ty nie masz czasu". Niekiedy mrówka omijała ją łukiem, zgrzytając zębami czy co tam mrówki mają w gębie. Jeszcze przyjdzie zima - mamrotała pod nosem, zgarbiona pod ciężarem zapasów: - Jeszcze przyjdzie zima, dziwko, i wtedy będziesz się miała z pyszna. Śpiewaj sobie, śpiewaj. Bo ten, co w sierpniu śpiewa i leniuchuje, w grudniu głodny i choruje". Ale szarańcza zaśmiewała się do łez.
W końcu przyszła zima i jak należało się spodziewać, spadło śniegu od groma. Mrówka zacierała ręce w swoim cieplutkim mrowisku, przy grzejniku, i syciła oczy widokiem pełnej spiżarni. I myślała: teraz przyjdzie ta głupia cipa i będzie błagać o ciepły kąt, ledwo żywa z głodu i zimna. Teraz przyjdzie i będzie robiła wszystko, żeby wzbudzić współczucie. Ale to się jej nie uda. Dostanie za swoje. Odbije się od moich drzwi, jak pragnę zdrowia.
I kiedy tak mrówka siedziała sobie w trampkach i szlafroku przed telewizorem, oglądając talk-show Tómbola, zadzwonił dzwonek u drzwi. I mrówka wstaje powoli, rozkoszując się swym tryumfem. Przyszła ta bezwstydnica, myśli. Zesztywniała z głodu i zimna. Ciekawe, czy teraz też chce jej się śpiewać. Mrówka otwiera drzwi i gębę otwiera ze zdumienia - na pro¬gu stoi szarańcza ubrana w zajebiste futro z norek, a na ulicy czeka na nią rolls royce.
- Przyjechałam się pożegnać - oznajmia szarańcza. – Bo kiedy ty ciężko pracowałaś, ja poderwałam jednego świerszcza z Partii Ludowej, który śpi na forsie. Ale naprawdę śpi, stara.
- No, dobra, daj już spokój - mówi osłupiała mrówka
- Przysięgam. I Manolo (bo świerszcz nazywa się Manolo i jest boski) sponsoruje mnie i wynajmuje dla mnie odlotowe mieszkanie, stara. A teraz jadę do Londynu nagrać płytę.
- Nie pierdol
- Serio. A potem Manolo zabiera mnie w rejs Morzu Śródziemnym, sama rozumiesz: Włochy, Turcja, Grecja… Od czasu do czasu będę ci wysyłać widokówki. No, to cześć. - Szarańcza podnosi norkowy kołnierz i odjeżdża Rolls Roycem, a mrówka zostaje z rozdziawioną gębą w drzwiach. Powoli je zamyka i zamyślona wraca do grzejnika i telewizji. Siada sobie i patrzy na spiżarnię, a potem znowu na drzwi. I przypomina sobie tego mrówka, który w końcu poderwał inną mrówkę, jej przyjaciółkę, taką tam jedną Matyldę. Cholera, myśli, zapomniałam, powiedzieć szarańczy, że skoro już jedzie do Grecji, to niech zapyta, czy jeszcze mieszka tam ten Ezop. Starszy człowiek, pisarz. A jeśli go spotka, niech mu powie, żeby się pocałował w dupę."
Padłem
OdpowiedzUsuń