Dłonie pachniały mu podróżą. Zbliżył je powoli do twarzy, żeby wziąć z oczu włosy. I poczuł ten zapach. Kurz, bród i wszystkie przedmioty, których dotykał, które muskał, którymi ciskał i które układał. Wszystkie składały się na tę paletę. Ni to zapach, ni to smród. I gdziekolwiek nie był, czegokolwiek nie robił i niezależnie jak długo tych rąk nie mył, one zawsze w podróży pachniały tak samo. Gdy jechał pociągiem ten zapach się wzmacniał. Przykładał wtedy dłonie do twarzy i zaciągał się kilka razy. Kładł je powoli na kolanach i oglądał. Towarzyszyły mu przez całe życie i zawsze skupiały jego uwagę. Choć znał je na pamięć i robił nimi już prawie wszystko.
Gapił się w okno beznamiętnie. To go uspokajało. Mijane domy, pola, drogi. W sumie to by było na tyle, gdy jedziesz przez ten kraj. Gapił się przez okno. Szczególną ulgę przynosiło mu to w nocy. Tak, gapienie się w noc to naprawdę dobre zajęcie. Masz wtedy poczucie, że jesteś malutki. Że nic nie znaczysz. Że jakby Cię nie było, to… To wszystko dalej by się kulało. Po swojemu. Nawet nie zobaczyli by, że się stąd zwinąłeś. I myślał, że to dobrze. Łatwiej znieść chujowe życie, gdy ono nikogo nie obchodzi.
W sumie to był przekonany, że to sprawiedliwe. Przez całe życie niczego mu nie brakowało. Miał co jeść, miał się w co ubrać. Dwie ręce miał. Miał zawsze dokąd wrócić. Nieważne, że wracać nie chciał. Rzeczywistość to nic więcej, niż świadomość i wiara. Cokolwiek się wydarzy i tak widzimy to tak, jak chcemy to widzieć. Rzeczywistość jest obiektywna, ale nigdy dla ludzi. Więc myślał, że to sprawiedliwe. Niczego mu nie brakowało więc dostał od świata bagaż lęków. Żeby go wozić po tym kurewskim świecie. Żeby nie móc się go pozbyć. I gdy ten bagaż go przyciskał. Zabierał mu oddech. Tak bardzo, że już nie wiadomo było, czy się położyć, czy uciekać, czy się zabić. Wtedy wskakiwał do pociągu i jechał. Zanim do niego wskoczył miał pewność, że w drodze przestanie to czuć. I choć, gdy jechał, to nie znikało, to trwał w tej ułudzie. I dopóki jechał, mógł oddychać. Po kilku godzinach to cichło. Odchodziło parę kroków. Wtedy można było wysiąść i zobaczyć, gdzie się jest.
Nie walczył z tym. Dawno już przestał. Uznał, że tak ma być. Na świecie, gdzie więcej ludzi ma telefon komórkowy, niż dostęp do wody pitnej nie ma mowy o sprawiedliwości. On się nie miał zamiaru z koniem kopać. Przyjął ten bagaż i nigdy nawet nie pomyślał, że można go jakoś zrzucić. Wypierdolić zwyczajnie i już się nie bać, nie zaliczać zrzutów, nie musieć chlać. On kipiał akceptacją.
I to jechanie robiło mu dobrze. Starał się wtedy nie patrzeć w przeszłość. Nic ciekawego tam nie było. I w przyszłość też nie spoglądał. Wiedział, że jakkolwiek chujowo by nie było, tam z przodu może być jeszcze gorzej.
Wysiadł nie wiadomo gdzie. W jakiejś dziurze. Chmury wisiały nad tym miejscem i śmierdziało tam niespełnionymi marzeniami. Taką atmosferę można momentalnie wyczuć. Jest ciężko. Człowiek sam z siebie popada w marazm. Tylko by usiadł. I jeszcze najchętniej zaczął się rozczulać. Takie miejsca noszą na plecach kartkę z napisem: „jak, kurwa mać, mogło być, a jak nie było.” W takich miejscach nawet umrzeć nie wypada, bo przecież z tym pogrzebem tyle zachodu. No i zasiłek ostatnio niższy dają
w zusie.
Usiadł na wilgotnym bruku. Zrobiło mu się zimno w dupę, ale tylko przez moment. Potem było już wszystko jedno. Więc siedział na tym bruku. I było mu tak kurewsko wszystko jedno. Więc zaczął się kiwać. To zawsze poprawia nastrój. Kiwał się i kiwał. Myślał o tym, że trzeba skończyć z tym uciekaniem. Że to już się robi powoli śmieszne. Tylko kurwa te pociągi i pociągi. Powinien się zatrudnić na PKP, żeby móc normalnie i w miarę tanio żyć.
Nagle podeszła do niego kobieta. W sumie dwie kobiety. W takich miejscach, wszystkie kobiety po pięćdziesiątce mają takie same fryzury. Krótkie włosy, jakiś kolor, fiołkowy, tleniony, koperkowy, chuj wie jaki. Jakieś trwałe ondulacje, żeby się kręciło i żeby nie trzeba było czesać. I w sumie nie wiadomo czemu sobie tego problemu z czesaniem oszczędzają, jak i tak wstają o 4.30. Czasu mają w bród. Mogłyby się czesać całą dobę. Ale one wolą łazić, oglądać, wtykać nos w nie swoje sprawy. I mieć przy tym naprawdę pokaźne poczucie misji. Jakby to wstanie przed kurami, to była najważniejsza rzecz na świecie. Jakby kurwa bez nich słońce nie
umiało wstało.
No więc podeszły do niego dwie takie. Jak zobaczył „Strażnicę” w rękach jednej to pomyślał, że to się może źle skończyć. On tu ucieka przed piździelcem, a one do niego z dobrą nowiną. Przez chwilę się przestraszył, że mógłby je zabić. Wtedy dopiero życie stałoby się chujowe.
Zapytały go grzecznie, czy słyszał dobrą nowinę? Tego akurat się spodziewał. Wiedział, że tak nie wypada, ale odpowiedział pytaniem na pytanie. „W sensie, że ten skurwiel dał się powiesić?” One się tego nie spodziewały. Na chwilę nawet złamały pierwszą zasadę Dobrego Świadka Jehowy i przestały się uśmiechać. Ale po sekundzie ich grymas wrócił na twarz i wylądował tuż pod domalowanymi kredką brwiami. „Dlaczego tak mówisz o naszym Bogu młody człowieku?”
To już była przesada. Za tego młodego człowieka, to mógłby z główki pociągnąć. Jak można kochać kogoś, kto wskakuje na krzyż, daje się przybijać, choć od początku wie, że robią go w chuja, potem jeszcze daje się żgać dzidą. A na koniec zabrania wszystkim popełnić samobójstwo. Zawsze go wkurwiała ta zasada. Uważał prawo do samobójstwa za jedno z najważniejszych i podstawowych praw człowieka. I jak ktoś mu tego zabraniał, to rósł w nim gul. I miał ochotę komuś wyjebać. To był zresztą podstawowy jego sposób odreagowywania.
Teraz miał dość. Musiał wziąć sprawy w swoje ręce, które wciąż pachniały podróżą. W sklepie kupił wino. Dwa wina. We wsi była też rzeka. Położył się w krzakach na brzegu i poczekał aż się ściemni. Otworzył pierwszą butelkę. Chłód ze środka go rozgrzał. Znieczulił się nieco i zaczął płakać. Jak zwykle, jak zawsze – nic to nie dało…
Może nie powinnam, bo nie ma co zazdrościć takiego stanu, ale jednak poczułam lekką ulgę - skoro ktoś gdzieś czasem czuje się podobnie jak ja, to znaczy że nie jest to wcale takie nienormalne, jak mi się zdawało.
OdpowiedzUsuń