sobota, 8 stycznia 2011

Poranki

Najgorsze były poranki. Zaraz po otwarciu oczy. Wtedy było najbardziej przytłaczające. Dojmujące. Wtedy byłem pewien, że nigdy się nie skończy. I marzyłem, żeby przyszedł sen. Ale on nie przychodził. Serce znów zaczynało walić. Wszędzie wisiało wielkie poczucie marności. Niemożebnej chujowości. Wszystkiego dookoła. Zaczynałem od nowa, każdego ranka, wymyślać czynności, w których dostrzegłbym sens. Co dzień było ich coraz mniej. Aż w końcu wszystkie zniknęły.

Prysznic nieco pomagał. Z akcentem na „nieco”. Nie mogłem uwierzyć, patrząc w lustro, że można mieć wszystko i czuć się tak bardzo nikim. Zaszczutym zwierzęciem. Kukłą. Że można każdego dnia, całe dnie jeść strach. Znałem jego smak doskonale. Każdą jego barwę. Był ze mną, gdy kładłem się spać, gdy się budziłem, czasem przychodził w środku nocy i w środku dnia. Przychodził, kiedy chciał. Strasznie bałem się strachu.

Często, gdy jest źle, myślisz sobie, że zrobisz coś, co sprawi, że będzie lepiej. Każdy ma takie czynności. Jakieś pomysły na życie, gdy już wszystko zawiedzie. Ja nie miałem. Bo na wszystkie, które przychodziły mi do głowy nie miałem odwagi. Bałem się jeździć, bałem się być sam, bałem się być z kimś, bałem się być. Każdego dnia i nocy. Coraz mocniej, coraz konsekwentniej przestawałem mieć ochotę żyć. Życie z jego cudownością jest zachwycające. Ale jeśli ogranicza się tylko do strachu jest nieznośne. Zawsze myślałem, że samobójcy to jakiś rodzaj niestabilnych emocjonalnie, słabych frustratów. Myślałem tak dopóki jedynym pomysłem na moje życie nie stało się dołączenie do nich.

Byłem zdrowy, sprawny, wykształcony, niebiedny, było lato i świeciło piękne słońce. Ja co dzień budziłem się z niczym. I widziałem, co mnie otacza. Widziałem ile mam. I nienawidziłem się z całych sił za to, że nie mogę tego docenić. Gdy były chwile, że się nie bałem, zaczynałem się strasznie bać, że zacznę się bać. I tak w kółko, każdego dnia. Bez wyjątku.

Ludzie przestawali mieć ochotę mnie słuchać. Nie dziwiłem się. Też miałem ochotę kopnąć się w dupę i krzyknąć: „pojebało Cię? Co ty odstawiasz. Żyj!”. Strasznie tego chciałem. Okrutnie chciałem żyć. I nie umiałem.

Siłą rozpędu toczyły się wszystkie aktywności. Pisanie pracy magisterskiej, obrona, rekrutacja na studia. Dobrze, że rozpędziłem życie na tyle, że mogło się toczyć. Pewnego dnia usiadłem no fotelu i stwierdziłem, że muszę ustalić, czego ja naprawdę chcę. Nie ustaliłem. Nie miałem pojęcia. Nie wiedziałem nawet od czego zacząć. Wymieniłbym setki sposobów na zadowolenie innych i żadnego, by zadowolić siebie. I to było właśnie to. Po prostu zapomniałem żyć…

1 komentarz:

  1. Wstajesz czujesz puste, wszystko robisz jakby mechanicznie, najchętniej położyłbyś się i zasnął na zawsze albo obudził się jak to wszystko się skończy, jak już będzie po wszystkim.

    To przechodzi, powoli i niemal niezauważalnie ale przechodzi, tylko trzeba mieć dość siły żeby przetrwać.

    Potem zaczyna się jakby żyć od nowa stawiając małe, niepewne kroki, widzisz światełko w tunelu, potem wszystko w końcu zaczyna nabierać jakiegoś sensu.

    Kiedyś zaczęłam się zastanawiać dlaczego tak było, co wtedy się działo, nie znam odpowiedzi i pewnie do końca nie poznam....

    OdpowiedzUsuń