Jakoś się nie mieszczę w sobie.
Gdy człowiek odzyskuje odwagę, ma ochotę na siebie. Żeby jakoś tak uciec od tego gównianego cudzego. I mieć trochę "Ja".
Chce mi się uciekać. W "Dziwne dzielnice z księżycem." Gdzieś, gdzie niezdecydowanie, lęk, błądzenie i cierpienie będzie dopuszczalne. Będzie normalne. Po prostu będzie. Takie miejsce jest wszędzie. Pytanie tylko, czy mamy do niego klucz. Ja nie miałem. Ale znalazłem. Skrył się jebany gdzieś głęboko. Więc go przekręcam w zamku, drzwi cicho trzeszczą, zamykam je za sobą i... puffff... Jest pięknie.
A na koniec zostawię Was z Żadanem. Cudownie oddaje mój nastrój:
Za Serhijem Żadanem:
„Życie jest, jak rakieta kosmiczna i jeśli wlazłeś do niej, to siedź i niczego nie ruszaj. Po prostu bądź gotów na to, że życie twoje ostro się zmieni. W każdym razie dzieci nie będziesz miał. No i w ogóle – normalnego seksu też nie. Z tym musisz się liczyć od początku: albo seks, albo kosmos, i tu naprawdę jest z czego wybierać, dlatego że naprawdę żadne dymanie, niech tam nawet najbardziej odjechane dymanie na świecie, nie jest warte tego ogromnego i pięknego, co otwiera się przed tobą w iluminatorze twojej blaszanej rakiety, niektóre krajobrazy w tym życiu, niektóre landszafty warte są tego, żeby zapłacić za nie tym najdroższym, co masz, czyli erekcją, ale żeby to zrozumieć, trzeba być co najmniej kosmonautą, no, w ostateczności – aniołem, co w warunkach rozpadu kapitału – jeden chuj.”
wtorek, 8 czerwca 2010
poniedziałek, 10 maja 2010
Mrówka
Historia zaczęła się w sklepie z książkami. Takim dużym, takim jakie lubimy za ich zapach zadrukowanego papieru i za to, że można w nich spędzić długie godziny, a potem wyjść na ulicę i stwierdzić: "o jest już ciemno..." Tam właśnie, mój własny osobisty brat, z zamiłowania iberofil, kupił zbiór felietonów Arturo Pereza-Reverte.
Perez Reverte urodził się w 1951 roku w Kartagenie. To zresztą też ciekawe. Bo to podobno śliczne miasto. Byłem w Hiszpanii 4 razy. Za każdym razem bardzo blisko Kartageny i nigdy jej nie odwiedziłem. I ten właśnie Perez-Reverte z nieodwiedzonej przeze mnie Kartageny przez lat 21 (od 1973 do 1994 roku) pełnił zgodnie z powołaniem rolę reportera wojennego. Taki prawdziwy dziennikarz z jajami. Taki trochę Waldemar Milewicz, tylko iberyjski. Potem się nieco zeszmacił, zaczął angażować się w strasznie chujowy reality-show. Zresztą sam tego żałował. Ale nie o to. Od 1991 roku do dziś prowadzi rubrykę felietonów w 'XL Semanal' - dodatku do ponad 20 hiszpańskich języków. Ma około 4 milionów czytelników. Dziś to jemu chciałem oddać głos, bo jego 'Piosenka Bożonarodzeniowa' zachwyciła mnie. Niesamowite pióro.
"Może znacie już państwo tę historyjkę albo obiła się wam ona o uszy. Była sobie mrówka, która harowała, jak jasna cholera. Taszczyła do swojego mrowiska ziarenka pszenicy i co tam jej jeszcze wpadło w ręce, cała była spocona, jak mysz, bo był sierpień i było diabelsko gorąco. Otóż chodziła wte i we wte, z tą poważną i zdyscyplinowaną metodycznością, jaka cechuje mrówki gromadzące zapasy na zimę. Była tak bardzo zajęta, że nawet nie spojrzała na pięknego mrówka, który usiłował ją poderwać. „Witaj, morwowa królewno - mówił do niej szarmancko, ocierając się, o nią czułkami - szczęściarzem będzie ten, co rozłoży ci na raz wszystkie sześć nóżek". A ona, taszcząc ziarenko pszenicy albo też liść pietruszki, udawała, że nic nie rozumie i robiła swoje raz-dwa, raz-dwa, ogarnięta obsesją zapełnienia spiżarni, bo później przychodzi zima i dzieje się to, co się dzieje.
Mrówka codziennie przechodziła obok szarańczy bezczelnej jak sto diabłów - baba leżała sobie martwym bykiem w cieniu krzaka rozmarynu i podśpiewywała piosenki Julio Iglesiasa i różne takie, akompaniując sobie na gitarze. „Kto ci uleczy złamane serce" - śpiewała łajdaczka, naigrywając sie z biednej mrówki, kiedy ta pojawiała się w pobliżu. Czasem, gdy szarańcza wypaliła sobie skręta i wpadała w świetny nastrój zaczynała wyzywać mrówkę. „Cześć, stachanówo! - wolała za nią. - Co, nie przystaniesz nawet na chwilę?" I konała ze śmiechu. Albo żeby jeszcze bardziej ją wkurzyć, mówiła, leżąc cała spocona, w cieniu, że mrówka haruje jak wół. „Trzeba mieć nierówno pod sufitem, żeby łazić w tę i nazad, taszcząc pszenicę w ta¬kim upale, ty głupia cipo".
Mrówka rzecz jasna dostawała szału. Czasem zatrzymywała się i wygrażała pięścią szarańczy. „Spadaj i idź się jebać" - mówiła. A szarańcza odpowiadała: „A wiesz, że może pójdę, skoro ty nie masz czasu". Niekiedy mrówka omijała ją łukiem, zgrzytając zębami czy co tam mrówki mają w gębie. Jeszcze przyjdzie zima - mamrotała pod nosem, zgarbiona pod ciężarem zapasów: - Jeszcze przyjdzie zima, dziwko, i wtedy będziesz się miała z pyszna. Śpiewaj sobie, śpiewaj. Bo ten, co w sierpniu śpiewa i leniuchuje, w grudniu głodny i choruje". Ale szarańcza zaśmiewała się do łez.
W końcu przyszła zima i jak należało się spodziewać, spadło śniegu od groma. Mrówka zacierała ręce w swoim cieplutkim mrowisku, przy grzejniku, i syciła oczy widokiem pełnej spiżarni. I myślała: teraz przyjdzie ta głupia cipa i będzie błagać o ciepły kąt, ledwo żywa z głodu i zimna. Teraz przyjdzie i będzie robiła wszystko, żeby wzbudzić współczucie. Ale to się jej nie uda. Dostanie za swoje. Odbije się od moich drzwi, jak pragnę zdrowia.
I kiedy tak mrówka siedziała sobie w trampkach i szlafroku przed telewizorem, oglądając talk-show Tómbola, zadzwonił dzwonek u drzwi. I mrówka wstaje powoli, rozkoszując się swym tryumfem. Przyszła ta bezwstydnica, myśli. Zesztywniała z głodu i zimna. Ciekawe, czy teraz też chce jej się śpiewać. Mrówka otwiera drzwi i gębę otwiera ze zdumienia - na pro¬gu stoi szarańcza ubrana w zajebiste futro z norek, a na ulicy czeka na nią rolls royce.
- Przyjechałam się pożegnać - oznajmia szarańcza. – Bo kiedy ty ciężko pracowałaś, ja poderwałam jednego świerszcza z Partii Ludowej, który śpi na forsie. Ale naprawdę śpi, stara.
- No, dobra, daj już spokój - mówi osłupiała mrówka
- Przysięgam. I Manolo (bo świerszcz nazywa się Manolo i jest boski) sponsoruje mnie i wynajmuje dla mnie odlotowe mieszkanie, stara. A teraz jadę do Londynu nagrać płytę.
- Nie pierdol
- Serio. A potem Manolo zabiera mnie w rejs Morzu Śródziemnym, sama rozumiesz: Włochy, Turcja, Grecja… Od czasu do czasu będę ci wysyłać widokówki. No, to cześć. - Szarańcza podnosi norkowy kołnierz i odjeżdża Rolls Roycem, a mrówka zostaje z rozdziawioną gębą w drzwiach. Powoli je zamyka i zamyślona wraca do grzejnika i telewizji. Siada sobie i patrzy na spiżarnię, a potem znowu na drzwi. I przypomina sobie tego mrówka, który w końcu poderwał inną mrówkę, jej przyjaciółkę, taką tam jedną Matyldę. Cholera, myśli, zapomniałam, powiedzieć szarańczy, że skoro już jedzie do Grecji, to niech zapyta, czy jeszcze mieszka tam ten Ezop. Starszy człowiek, pisarz. A jeśli go spotka, niech mu powie, żeby się pocałował w dupę."
Perez Reverte urodził się w 1951 roku w Kartagenie. To zresztą też ciekawe. Bo to podobno śliczne miasto. Byłem w Hiszpanii 4 razy. Za każdym razem bardzo blisko Kartageny i nigdy jej nie odwiedziłem. I ten właśnie Perez-Reverte z nieodwiedzonej przeze mnie Kartageny przez lat 21 (od 1973 do 1994 roku) pełnił zgodnie z powołaniem rolę reportera wojennego. Taki prawdziwy dziennikarz z jajami. Taki trochę Waldemar Milewicz, tylko iberyjski. Potem się nieco zeszmacił, zaczął angażować się w strasznie chujowy reality-show. Zresztą sam tego żałował. Ale nie o to. Od 1991 roku do dziś prowadzi rubrykę felietonów w 'XL Semanal' - dodatku do ponad 20 hiszpańskich języków. Ma około 4 milionów czytelników. Dziś to jemu chciałem oddać głos, bo jego 'Piosenka Bożonarodzeniowa' zachwyciła mnie. Niesamowite pióro.
"Może znacie już państwo tę historyjkę albo obiła się wam ona o uszy. Była sobie mrówka, która harowała, jak jasna cholera. Taszczyła do swojego mrowiska ziarenka pszenicy i co tam jej jeszcze wpadło w ręce, cała była spocona, jak mysz, bo był sierpień i było diabelsko gorąco. Otóż chodziła wte i we wte, z tą poważną i zdyscyplinowaną metodycznością, jaka cechuje mrówki gromadzące zapasy na zimę. Była tak bardzo zajęta, że nawet nie spojrzała na pięknego mrówka, który usiłował ją poderwać. „Witaj, morwowa królewno - mówił do niej szarmancko, ocierając się, o nią czułkami - szczęściarzem będzie ten, co rozłoży ci na raz wszystkie sześć nóżek". A ona, taszcząc ziarenko pszenicy albo też liść pietruszki, udawała, że nic nie rozumie i robiła swoje raz-dwa, raz-dwa, ogarnięta obsesją zapełnienia spiżarni, bo później przychodzi zima i dzieje się to, co się dzieje.
Mrówka codziennie przechodziła obok szarańczy bezczelnej jak sto diabłów - baba leżała sobie martwym bykiem w cieniu krzaka rozmarynu i podśpiewywała piosenki Julio Iglesiasa i różne takie, akompaniując sobie na gitarze. „Kto ci uleczy złamane serce" - śpiewała łajdaczka, naigrywając sie z biednej mrówki, kiedy ta pojawiała się w pobliżu. Czasem, gdy szarańcza wypaliła sobie skręta i wpadała w świetny nastrój zaczynała wyzywać mrówkę. „Cześć, stachanówo! - wolała za nią. - Co, nie przystaniesz nawet na chwilę?" I konała ze śmiechu. Albo żeby jeszcze bardziej ją wkurzyć, mówiła, leżąc cała spocona, w cieniu, że mrówka haruje jak wół. „Trzeba mieć nierówno pod sufitem, żeby łazić w tę i nazad, taszcząc pszenicę w ta¬kim upale, ty głupia cipo".
Mrówka rzecz jasna dostawała szału. Czasem zatrzymywała się i wygrażała pięścią szarańczy. „Spadaj i idź się jebać" - mówiła. A szarańcza odpowiadała: „A wiesz, że może pójdę, skoro ty nie masz czasu". Niekiedy mrówka omijała ją łukiem, zgrzytając zębami czy co tam mrówki mają w gębie. Jeszcze przyjdzie zima - mamrotała pod nosem, zgarbiona pod ciężarem zapasów: - Jeszcze przyjdzie zima, dziwko, i wtedy będziesz się miała z pyszna. Śpiewaj sobie, śpiewaj. Bo ten, co w sierpniu śpiewa i leniuchuje, w grudniu głodny i choruje". Ale szarańcza zaśmiewała się do łez.
W końcu przyszła zima i jak należało się spodziewać, spadło śniegu od groma. Mrówka zacierała ręce w swoim cieplutkim mrowisku, przy grzejniku, i syciła oczy widokiem pełnej spiżarni. I myślała: teraz przyjdzie ta głupia cipa i będzie błagać o ciepły kąt, ledwo żywa z głodu i zimna. Teraz przyjdzie i będzie robiła wszystko, żeby wzbudzić współczucie. Ale to się jej nie uda. Dostanie za swoje. Odbije się od moich drzwi, jak pragnę zdrowia.
I kiedy tak mrówka siedziała sobie w trampkach i szlafroku przed telewizorem, oglądając talk-show Tómbola, zadzwonił dzwonek u drzwi. I mrówka wstaje powoli, rozkoszując się swym tryumfem. Przyszła ta bezwstydnica, myśli. Zesztywniała z głodu i zimna. Ciekawe, czy teraz też chce jej się śpiewać. Mrówka otwiera drzwi i gębę otwiera ze zdumienia - na pro¬gu stoi szarańcza ubrana w zajebiste futro z norek, a na ulicy czeka na nią rolls royce.
- Przyjechałam się pożegnać - oznajmia szarańcza. – Bo kiedy ty ciężko pracowałaś, ja poderwałam jednego świerszcza z Partii Ludowej, który śpi na forsie. Ale naprawdę śpi, stara.
- No, dobra, daj już spokój - mówi osłupiała mrówka
- Przysięgam. I Manolo (bo świerszcz nazywa się Manolo i jest boski) sponsoruje mnie i wynajmuje dla mnie odlotowe mieszkanie, stara. A teraz jadę do Londynu nagrać płytę.
- Nie pierdol
- Serio. A potem Manolo zabiera mnie w rejs Morzu Śródziemnym, sama rozumiesz: Włochy, Turcja, Grecja… Od czasu do czasu będę ci wysyłać widokówki. No, to cześć. - Szarańcza podnosi norkowy kołnierz i odjeżdża Rolls Roycem, a mrówka zostaje z rozdziawioną gębą w drzwiach. Powoli je zamyka i zamyślona wraca do grzejnika i telewizji. Siada sobie i patrzy na spiżarnię, a potem znowu na drzwi. I przypomina sobie tego mrówka, który w końcu poderwał inną mrówkę, jej przyjaciółkę, taką tam jedną Matyldę. Cholera, myśli, zapomniałam, powiedzieć szarańczy, że skoro już jedzie do Grecji, to niech zapyta, czy jeszcze mieszka tam ten Ezop. Starszy człowiek, pisarz. A jeśli go spotka, niech mu powie, żeby się pocałował w dupę."
niedziela, 2 maja 2010
Lwów
Lwów to nie tylko sentymentalne powroty, przepiękne kamienice, ulice skąpane w letnim słońcu pełne artystów przeróżnej maści. Lwów to też zasrane blokowiska, nędza ziejąca z budynków na wskroś, smród życia pchanego wiecznie przed siebie. Byle jeszcze kilka kroków, byle do jutra, byle jakoś się żyło. Przedmieścia Lwowa to czysty obraz bylejakości. W Parku Stryjskim całujące się pary, sikający żule, matki z dziećmi i staruszki śpiące na ławce. Lwowski Rynek zaś potrafi człowieka urzec. Ma się wrażenie, że to miejsce żyje tylko i wyłącznie swoim życiem. Że odległe krainy, inne światy nie istnieją. W ogóle się nie liczą. Można się zatracić w tym spokoju. Chłonąć wydarzenia, których Lwów był świadkiem, których świadkiem wciąż się staje. A babcie niezmiennie od lat sprzedają przepyszne, ociekające tłuszczem pirożki. Słychać dźwięki z dna duszy niewidomego grajka. Na innej ścianie siedzi zapuszczony facet na wózku. Włosy ma tak brudne, że przypominają dredy, poczochrana broda, dzień w dzień w rękawiczkach bez palców, choć jest nieludzko upalnie. Przebiera bez żadnych emocji palcami po flecie. Nie rusza się z miejsca, siedzi w wózku całe dnie. Przywykł do tego miejsca, przyrósł do niego. Czasem tylko rozciera w tych swoich rękawiczkach leżące na wózku kikuty.
Ale miasto to nie tylko mury. Miasto to przede wszystkim ludzie. To do ludzi zawsze mnie ciągnie, a nie do murów. Ci we Lwowie byli niezwykle pogodni, otwarci. Podchodzili nieproszeni, by zagadać, gdy tylko widzieli alfabet łaciński na książce. Snuli historię po polsku o tym, jak było tu kiedyś. Jak wiele się zmienia. I o tym, że najważniejsze pozostaje niezmienne. Na pytanie, jak to się dzieje, że tak dobrze mówią po polsku patrzyli z niedowierzaniem i odpowiadali, jakby to była oczywistość: „Przecież mieszkam tu od zawsze.”
Zaczepił mnie mężczyzna około 40 lat. Pachniał papierosami i zajeżdżał alkoholem. Niewiele pytał, po prostu zaczął mnie oprowadzać. Mówił do mnie po polsku. Z wielką łatwością. Zaciągnął mnie we wszystkie ważne miejsca, które turysta powinien zobaczyć. Katedry, pomniki, pamiątki, miejsca, gdzie wielkiej historii można wręcz dotknąć. Nie powiem, to ciekawe. Tramwajem numer jeden można przejechać trasę niezmienną od, bez mała, stu lat. Ale miasto to nie mury. Miasto to przede wszystkim ludzie. Spytałem mojego przewodnika o ludzi, a on zaprowadził mnie w wąską uliczkę. Tam pod jednym z niezliczonych kościołów w tym mieście stał o kulach starzec. Był drobniutki, włosy miał rzadkie i siwe. Pomyślałem, że taki kolor musi mieć biały kruk, jeśli istnieje. Broda nierówna i poszarpana. Od czasu do czasu zatrzymywali się koło niego ludzie i częstowali go fajkami. Był brudny. Umorusany od stóp do głów i ciągle się uśmiechał. A uśmiech miał zniewalający. Rozświetlał tym uśmiechem swój orli nos. Był to naprawdę szelmowski wyraz twarzy. Kurzył fajkę za fajką, chował się w cieniu i uśmiechał. Mój przewodnik spojrzał na mnie i powiedział mi, że starzec jest polskim lotnikiem, który walczył jeszcze w drugiej wojnie światowej. Niestety o bohaterach obecne czasy lubią zapominać. I o nim także zapomniały. Tylko nieliczni, którzy wiedzieli, jaka jest jego historia, codziennie częstowali go fajkami. Na szyi wisiał mój aparat. Wystarczyło wyciągnąć i nacisnąć spust. Światło było przecież doskonałe, a on krył się w półcieniu. Nie chciałem kraść tego obrazu. Coś mnie przed tym wstrzymywało. Może to, że gdybym zrobił wtedy to zdjęcie, nie miałbym teraz przed oczami jego uśmiechu.
Ale miasto to nie tylko mury. Miasto to przede wszystkim ludzie. To do ludzi zawsze mnie ciągnie, a nie do murów. Ci we Lwowie byli niezwykle pogodni, otwarci. Podchodzili nieproszeni, by zagadać, gdy tylko widzieli alfabet łaciński na książce. Snuli historię po polsku o tym, jak było tu kiedyś. Jak wiele się zmienia. I o tym, że najważniejsze pozostaje niezmienne. Na pytanie, jak to się dzieje, że tak dobrze mówią po polsku patrzyli z niedowierzaniem i odpowiadali, jakby to była oczywistość: „Przecież mieszkam tu od zawsze.”
Zaczepił mnie mężczyzna około 40 lat. Pachniał papierosami i zajeżdżał alkoholem. Niewiele pytał, po prostu zaczął mnie oprowadzać. Mówił do mnie po polsku. Z wielką łatwością. Zaciągnął mnie we wszystkie ważne miejsca, które turysta powinien zobaczyć. Katedry, pomniki, pamiątki, miejsca, gdzie wielkiej historii można wręcz dotknąć. Nie powiem, to ciekawe. Tramwajem numer jeden można przejechać trasę niezmienną od, bez mała, stu lat. Ale miasto to nie mury. Miasto to przede wszystkim ludzie. Spytałem mojego przewodnika o ludzi, a on zaprowadził mnie w wąską uliczkę. Tam pod jednym z niezliczonych kościołów w tym mieście stał o kulach starzec. Był drobniutki, włosy miał rzadkie i siwe. Pomyślałem, że taki kolor musi mieć biały kruk, jeśli istnieje. Broda nierówna i poszarpana. Od czasu do czasu zatrzymywali się koło niego ludzie i częstowali go fajkami. Był brudny. Umorusany od stóp do głów i ciągle się uśmiechał. A uśmiech miał zniewalający. Rozświetlał tym uśmiechem swój orli nos. Był to naprawdę szelmowski wyraz twarzy. Kurzył fajkę za fajką, chował się w cieniu i uśmiechał. Mój przewodnik spojrzał na mnie i powiedział mi, że starzec jest polskim lotnikiem, który walczył jeszcze w drugiej wojnie światowej. Niestety o bohaterach obecne czasy lubią zapominać. I o nim także zapomniały. Tylko nieliczni, którzy wiedzieli, jaka jest jego historia, codziennie częstowali go fajkami. Na szyi wisiał mój aparat. Wystarczyło wyciągnąć i nacisnąć spust. Światło było przecież doskonałe, a on krył się w półcieniu. Nie chciałem kraść tego obrazu. Coś mnie przed tym wstrzymywało. Może to, że gdybym zrobił wtedy to zdjęcie, nie miałbym teraz przed oczami jego uśmiechu.
poniedziałek, 26 kwietnia 2010
Mile Plakalovic
Ten tekst nie powstał dziś. Ale wart po dzisiejszym dniu jest przypomnienia:
To słowa Dawida Warszawskiego z książki Svetlany Broz "Dobrzy Ludzie w czasach zła".
"Ci, którzy na wojnę w Bośni patrzyli z oddali, widzieli w niej coś na kształt pożaru prerii, niepowstrzymanie idącego przez kraj. Gdy patrzeć z bliska, widać jednak, że pożaru prerii zrazu nie było. Były tysiące małych podpaleń, rozpaczliwie gaszonych przez lokalnych strażaków. Gdyby nie to, że strażacy mieli jedynie dziurawe wiadra, piromani zaś miotacze ognia, pożar zapewne udałoby się ugasić. Od dymu pożarów wielu uległo zaczadzeniu. Wielu - ale nie wszyscy. A nawet wśród tych, którym czad nienawiści zrazu zmącił rozum i serce, nie wszyscy wytrwali w swym obłędzie do końca i bez wyjątków. Wreszcie bardzo niewielu strażaków dało się nawrócić, prośbą, groźbą czy pod wpływem własnego cierpienia, na wiarę piromanów. W książce Broz słyszymy właśnie ich głosy."
Niesłychana jest książka Svetlany Broz. Relacje z wojny na Bałkanach to tylko starorzecze. Podczas, gdy prawdziwe wydarzenia to rwąca, roztokowa i dzika rzeka. Możemy spróbować mieć o nich pojęcie. Pokusić się o parę uogólnień. Ale czerń atramentu nie pokaże jak smakuje ziemia w czasie nalotu. Jak pachnie strach w bydlęcych wagonach. Siedzimy w ciepłych domach, w przerwie między swoimi ważnymi sprawami przeczytamy dwa rozdziały i pomyślimy: „Ależ ta wojna straszna.” Czasem nawet łzy się pojawią. Nieśmiało, nieco zawstydzenie.
Dla nas ten tygiel jest nie do ogarnięcia. Nie do pojęcia. Bagaż długich lat wzajemnych uprzedzeń, stereotypów. Ale także często symbioza, szacunek, zrozumienie. Bo to narody walczyły, a ludzie jak wszędzie, potrafili być podli, potrafili być też szlachetni. Takie wydarzenia przestrzegają przed uogólnianiem. Przed nadawaniem cech narodom.
Svetlana Broz przez wiele lat jeździła po Bałkanach i słuchała ludzi. Nagrywała ich. Szukała relacji pozytywnych. Takich, które mimo morza bólu, krystalizowały krople ludzkiej godności, szlachetności. Ludzkiej walki z upodleniem. Nawet za najwyższą cenę. To książka niebywale istotna. Wracają do mnie stare słowa: „Człowiek może być dobry, ale ludzie zawsze są źli.” I czytam przepiękną ripostę. To słowa Iliji Czovica: „Dziś nie żałuję, że wszystko to przeżyłem, bo gdybym w tym czasie mieszkał za granicą, nigdy bym nie uwierzył, że coś takiego mogło nas spotkać i było tyle zła. Gdyby jednak wszyscy byli źli, Słońce też przestałoby już świecić.”
My w Europie mamy swych idoli. Celebrytów. Jesteśmy gotowi zrobić wiele, by móc ujrzeć ich rozebranych, pokłóconych, szczęśliwych, z dziećmi, z psem. Jesteśmy nieco zazdrośni, lubimy żyć ich życiem, podczas, gdy nie ma w nich krzty bohaterstwa. „Dobrzy ludzie w czasach zła” są idealnie wyważeni. Jest dokładnie tyle samo relacji Serbów, Chorwatów i Muzułmanów. W wielu pojawia się jedno nazwisko: Mile Plakalovic.
Jestem ciekaw ilu Europejczyków o nim słyszało. W czasach największego kryzysu, walk partyzanckich, walk oblężniczych, zbrodni, gwałtów, zatrzymań, podpaleń Mile Plakalovic był taksówkarzem. Jeździł całe dnie po Sarajewie i zbierał z ulicy rannych. Zawoził ich do szpitala. W międzyczasie zawoził ludziom, mąkę, cukier, słodycze. Ludziom przypadkowo spotkanym. Nieznanym. Nigdy nie pytał ich o nazwisko, nigdy nie pytał o narodowość. W kilku relacjach pojawia się ta osoba. Niektórzy mówią o nim „Słynny Mile”. Słyszało o nim wielu, choć nie tak wielu zapewne pomógł bezpośrednio. Chyba gdy ludzka godność jest już do cna podeptana, wtedy w jednostkach budzi się nadludzka bezinteresowność. Niepohamowana skłonność do poświęceń. Mile nigdy nie marzył o wspanialszej nagrodzie, niż radość i szczęście osób, dla których ryzykował życie.
Za Haszimem Bajicem:
„Na Nowy Rok przyszedł do nas do domu ze swoim przyjacielem i przyniósł prezenty dla dzieci. To były pierwsze prezenty, jakie dostały w życiu.
Trzy lata po wojnie zdjęcia Mila stoją na naszym stole. Jego wizyta jest dla nas wszystkich świętem. Także dziś”
I zbytecznym jest dodać, że Mile to Serb. Haszim jest Muzułmaninem. Najważniejsze, że obaj są Ludźmi. W przeciwieństwie do celebrytów, Mile jest prawdziwy.
To słowa Dawida Warszawskiego z książki Svetlany Broz "Dobrzy Ludzie w czasach zła".
"Ci, którzy na wojnę w Bośni patrzyli z oddali, widzieli w niej coś na kształt pożaru prerii, niepowstrzymanie idącego przez kraj. Gdy patrzeć z bliska, widać jednak, że pożaru prerii zrazu nie było. Były tysiące małych podpaleń, rozpaczliwie gaszonych przez lokalnych strażaków. Gdyby nie to, że strażacy mieli jedynie dziurawe wiadra, piromani zaś miotacze ognia, pożar zapewne udałoby się ugasić. Od dymu pożarów wielu uległo zaczadzeniu. Wielu - ale nie wszyscy. A nawet wśród tych, którym czad nienawiści zrazu zmącił rozum i serce, nie wszyscy wytrwali w swym obłędzie do końca i bez wyjątków. Wreszcie bardzo niewielu strażaków dało się nawrócić, prośbą, groźbą czy pod wpływem własnego cierpienia, na wiarę piromanów. W książce Broz słyszymy właśnie ich głosy."
Niesłychana jest książka Svetlany Broz. Relacje z wojny na Bałkanach to tylko starorzecze. Podczas, gdy prawdziwe wydarzenia to rwąca, roztokowa i dzika rzeka. Możemy spróbować mieć o nich pojęcie. Pokusić się o parę uogólnień. Ale czerń atramentu nie pokaże jak smakuje ziemia w czasie nalotu. Jak pachnie strach w bydlęcych wagonach. Siedzimy w ciepłych domach, w przerwie między swoimi ważnymi sprawami przeczytamy dwa rozdziały i pomyślimy: „Ależ ta wojna straszna.” Czasem nawet łzy się pojawią. Nieśmiało, nieco zawstydzenie.
Dla nas ten tygiel jest nie do ogarnięcia. Nie do pojęcia. Bagaż długich lat wzajemnych uprzedzeń, stereotypów. Ale także często symbioza, szacunek, zrozumienie. Bo to narody walczyły, a ludzie jak wszędzie, potrafili być podli, potrafili być też szlachetni. Takie wydarzenia przestrzegają przed uogólnianiem. Przed nadawaniem cech narodom.
Svetlana Broz przez wiele lat jeździła po Bałkanach i słuchała ludzi. Nagrywała ich. Szukała relacji pozytywnych. Takich, które mimo morza bólu, krystalizowały krople ludzkiej godności, szlachetności. Ludzkiej walki z upodleniem. Nawet za najwyższą cenę. To książka niebywale istotna. Wracają do mnie stare słowa: „Człowiek może być dobry, ale ludzie zawsze są źli.” I czytam przepiękną ripostę. To słowa Iliji Czovica: „Dziś nie żałuję, że wszystko to przeżyłem, bo gdybym w tym czasie mieszkał za granicą, nigdy bym nie uwierzył, że coś takiego mogło nas spotkać i było tyle zła. Gdyby jednak wszyscy byli źli, Słońce też przestałoby już świecić.”
My w Europie mamy swych idoli. Celebrytów. Jesteśmy gotowi zrobić wiele, by móc ujrzeć ich rozebranych, pokłóconych, szczęśliwych, z dziećmi, z psem. Jesteśmy nieco zazdrośni, lubimy żyć ich życiem, podczas, gdy nie ma w nich krzty bohaterstwa. „Dobrzy ludzie w czasach zła” są idealnie wyważeni. Jest dokładnie tyle samo relacji Serbów, Chorwatów i Muzułmanów. W wielu pojawia się jedno nazwisko: Mile Plakalovic.
Jestem ciekaw ilu Europejczyków o nim słyszało. W czasach największego kryzysu, walk partyzanckich, walk oblężniczych, zbrodni, gwałtów, zatrzymań, podpaleń Mile Plakalovic był taksówkarzem. Jeździł całe dnie po Sarajewie i zbierał z ulicy rannych. Zawoził ich do szpitala. W międzyczasie zawoził ludziom, mąkę, cukier, słodycze. Ludziom przypadkowo spotkanym. Nieznanym. Nigdy nie pytał ich o nazwisko, nigdy nie pytał o narodowość. W kilku relacjach pojawia się ta osoba. Niektórzy mówią o nim „Słynny Mile”. Słyszało o nim wielu, choć nie tak wielu zapewne pomógł bezpośrednio. Chyba gdy ludzka godność jest już do cna podeptana, wtedy w jednostkach budzi się nadludzka bezinteresowność. Niepohamowana skłonność do poświęceń. Mile nigdy nie marzył o wspanialszej nagrodzie, niż radość i szczęście osób, dla których ryzykował życie.
Za Haszimem Bajicem:
„Na Nowy Rok przyszedł do nas do domu ze swoim przyjacielem i przyniósł prezenty dla dzieci. To były pierwsze prezenty, jakie dostały w życiu.
Trzy lata po wojnie zdjęcia Mila stoją na naszym stole. Jego wizyta jest dla nas wszystkich świętem. Także dziś”
I zbytecznym jest dodać, że Mile to Serb. Haszim jest Muzułmaninem. Najważniejsze, że obaj są Ludźmi. W przeciwieństwie do celebrytów, Mile jest prawdziwy.
poniedziałek, 19 kwietnia 2010
Klimat
Tak się przypadkiem poskładało w życiu, że to moja ostatnia prosta, by stać się geografem. Widziałem już wiele kłótni, na temat zmian klimatycznych. Ludzi wszelakiej maści. Naukowców, pseudonaukowców, pasjonatów i ignorantów. I zawsze mnie fascynowało, jak to z tym klimatem jest. Naprawdę trudno dotrzeć do dobrych opracowań. Ale…
Co zastanawiające. Na początku XIX wieku odkryto rolę dwutlenku węgla w procesie fotosyntezy. Wtedy świat nauki przekonany był, że wie o tym gazie już niemal wszystko. Jednak w tym samym czasie pojawiło się pytanie, dlaczego Słońce nie jest w stanie rozgrzać Ziemi do czerwoności. Zaczął się nad tym zastanawiać matematyk, Jean Baptiste Fourier. Obliczył bilans energetyczny Ziemi i Słońca i wyszło, że Ziemia powinna być zupełnie zmrożona, z temperaturą średnią -15 stopni Celsjusza. Ale tak nie było. Czyli nie całe ciepło czmycha z naszej atmosfery. Część w jakiś sposób musi zostać zatrzymana.
Do tematu powrócono w Szwecji na początku XX wieku. Chemik Svante Arrhenius przekonywał swój naród, by w ramach ocieplenia chłodnego szwedzkiego klimatu zwiększał spalanie węgla. Większa ilość dwutlenku węgla w atmosferze miała przyczynić się do ocieplenia klimatu. Tym samym tematem nieco później zajął się klimatolog Michaił Budyko, który miał podobny pomysł, by pozbawić lodów Syberię.
Jednak temat gazów szklarniowych był w nauce zupełnie marginalny. W podręcznikach akademickich z lat siedemdziesiątych występował bardzo sporadycznie. Pierwszy pomiar dwutlenku węgla w powietrzu i wodzie oceanicznej przeprowadzono w 1958 roku (badania bezpośredniej zawartości dwutlenku węgla w atmosferze wykonywano od 1812 roku do połowy XX wieku, także przez wybitnych naukowców analitycznymi metodami, jednak Międzynarodowy Zespół do spraw Zmian Klimatu z tylko sobie znanych przyczyn postanowił te badania w swych raportach odrzucić) . I to pomiary od 1958 roku są dziś koronnym dowodem na winę człowieka w sprawie ocieplenia klimatu. Mimo, że jeszcze w 1970 roku cały świat naukowy wieścił nadejście epoki lodowej.
Obraz ocieplającej się planety wyłonił się z badań zawartości dwutlenku węgla w rdzeniach lodowych Antarktydy. Badania te potwierdziły, że klimat się ociepla. Jednak nie mówi się już zupełnie o stwierdzonym fakcie, że zawartość dwutlenku węgla w powietrzu pobranym z lodu jest od 30 do 50% mniejsza, niż rzeczywiście była w atmosferze. Tak więc rdzenie lodowe zupełnie nie nadają się do analizowania składu chemicznego atmosfery.
Jakie zaś są fakty. Od kilku ładnych lat temperatura na świecie nie rośnie, a raczej maleje. Jej maksimum przypadło na rok 1998. Przez ostatnie 10 lat roczny przyrost dwutlenku węgla ze spalania paliw kopalnych i procesów przemysłowych zwiększył się trzykrotnie. Zgodnie więc z hipotezą lansowaną przez IPCC – Międzynarodowy Zespół do spraw Zmian Klimatu – temperatura powinna się podnieść, a nie obniżyć.
W XX wieku całe ocieplenie klimatu wyniosło 0,74 stopnia Celsjusza. Jednak coraz to nowe doniesienia mówią nam o zimie w miejscach, gdzie do tej pory jej nie było.
Co ciekawe, modele komputerowe IPCC nie są zbyt zgodne z rzeczywistością. Są raczej projekcją poglądów ludzi, którym na ociepleniu klimatu zależy. Modele mówią, że efekt cieplarniany wywołany emisją dwutlenku węgla przez człowieka, spowoduje największe ocieplenie w rejonach polarnych. Szacuje się, że temperatura w tych rejonach może wzrosnąć nawet o 12 stopni Celsjusza. Badania temperatury w rejonach polarnych w latach 1930 – 1990 mówią o obniżeniu temperatury średnio o 2 stopnie Celsjusza.
Jednak w sprawach zmian klimatu najwięcej do powiedzenia mają najbogatsi. Najbogatsi, którzy przestali być już dominującymi emitorami dwutlenku węgla. Dzięki nowej technologii coraz bardziej emisje ograniczają. Państwa wciąż rozwijające się nie mogę sobie na zmniejszenie emisji pozwolić bez drastycznych cięć wydatków. A przecież rozchodzi się o handel emisjami. Lobby jednak jest tak silne, a w grę wchodzą tak wielkie pieniądze, że raczej trudno polityków i naukowców podejrzewać o zdrowy rozsądek i obiektywne działanie.
Wniosek jest prosty, z powodu zmiennych cyklów Słońca, lodowce topnieją. Jednak chyba przeceniamy się mówiąc, że jesteśmy tak istotną jednostką w łańcuchu przemian Ziemi, że wpływamy na nią tak drastycznie. Chodzi raczej o pieniądze, nie o prawdę.
Korzystałem z opracowań Zbigniewa Jaworowskiego i Adama Zubka.
Co zastanawiające. Na początku XIX wieku odkryto rolę dwutlenku węgla w procesie fotosyntezy. Wtedy świat nauki przekonany był, że wie o tym gazie już niemal wszystko. Jednak w tym samym czasie pojawiło się pytanie, dlaczego Słońce nie jest w stanie rozgrzać Ziemi do czerwoności. Zaczął się nad tym zastanawiać matematyk, Jean Baptiste Fourier. Obliczył bilans energetyczny Ziemi i Słońca i wyszło, że Ziemia powinna być zupełnie zmrożona, z temperaturą średnią -15 stopni Celsjusza. Ale tak nie było. Czyli nie całe ciepło czmycha z naszej atmosfery. Część w jakiś sposób musi zostać zatrzymana.
Do tematu powrócono w Szwecji na początku XX wieku. Chemik Svante Arrhenius przekonywał swój naród, by w ramach ocieplenia chłodnego szwedzkiego klimatu zwiększał spalanie węgla. Większa ilość dwutlenku węgla w atmosferze miała przyczynić się do ocieplenia klimatu. Tym samym tematem nieco później zajął się klimatolog Michaił Budyko, który miał podobny pomysł, by pozbawić lodów Syberię.
Jednak temat gazów szklarniowych był w nauce zupełnie marginalny. W podręcznikach akademickich z lat siedemdziesiątych występował bardzo sporadycznie. Pierwszy pomiar dwutlenku węgla w powietrzu i wodzie oceanicznej przeprowadzono w 1958 roku (badania bezpośredniej zawartości dwutlenku węgla w atmosferze wykonywano od 1812 roku do połowy XX wieku, także przez wybitnych naukowców analitycznymi metodami, jednak Międzynarodowy Zespół do spraw Zmian Klimatu z tylko sobie znanych przyczyn postanowił te badania w swych raportach odrzucić) . I to pomiary od 1958 roku są dziś koronnym dowodem na winę człowieka w sprawie ocieplenia klimatu. Mimo, że jeszcze w 1970 roku cały świat naukowy wieścił nadejście epoki lodowej.
Obraz ocieplającej się planety wyłonił się z badań zawartości dwutlenku węgla w rdzeniach lodowych Antarktydy. Badania te potwierdziły, że klimat się ociepla. Jednak nie mówi się już zupełnie o stwierdzonym fakcie, że zawartość dwutlenku węgla w powietrzu pobranym z lodu jest od 30 do 50% mniejsza, niż rzeczywiście była w atmosferze. Tak więc rdzenie lodowe zupełnie nie nadają się do analizowania składu chemicznego atmosfery.
Jakie zaś są fakty. Od kilku ładnych lat temperatura na świecie nie rośnie, a raczej maleje. Jej maksimum przypadło na rok 1998. Przez ostatnie 10 lat roczny przyrost dwutlenku węgla ze spalania paliw kopalnych i procesów przemysłowych zwiększył się trzykrotnie. Zgodnie więc z hipotezą lansowaną przez IPCC – Międzynarodowy Zespół do spraw Zmian Klimatu – temperatura powinna się podnieść, a nie obniżyć.
W XX wieku całe ocieplenie klimatu wyniosło 0,74 stopnia Celsjusza. Jednak coraz to nowe doniesienia mówią nam o zimie w miejscach, gdzie do tej pory jej nie było.
Co ciekawe, modele komputerowe IPCC nie są zbyt zgodne z rzeczywistością. Są raczej projekcją poglądów ludzi, którym na ociepleniu klimatu zależy. Modele mówią, że efekt cieplarniany wywołany emisją dwutlenku węgla przez człowieka, spowoduje największe ocieplenie w rejonach polarnych. Szacuje się, że temperatura w tych rejonach może wzrosnąć nawet o 12 stopni Celsjusza. Badania temperatury w rejonach polarnych w latach 1930 – 1990 mówią o obniżeniu temperatury średnio o 2 stopnie Celsjusza.
Jednak w sprawach zmian klimatu najwięcej do powiedzenia mają najbogatsi. Najbogatsi, którzy przestali być już dominującymi emitorami dwutlenku węgla. Dzięki nowej technologii coraz bardziej emisje ograniczają. Państwa wciąż rozwijające się nie mogę sobie na zmniejszenie emisji pozwolić bez drastycznych cięć wydatków. A przecież rozchodzi się o handel emisjami. Lobby jednak jest tak silne, a w grę wchodzą tak wielkie pieniądze, że raczej trudno polityków i naukowców podejrzewać o zdrowy rozsądek i obiektywne działanie.
Wniosek jest prosty, z powodu zmiennych cyklów Słońca, lodowce topnieją. Jednak chyba przeceniamy się mówiąc, że jesteśmy tak istotną jednostką w łańcuchu przemian Ziemi, że wpływamy na nią tak drastycznie. Chodzi raczej o pieniądze, nie o prawdę.
Korzystałem z opracowań Zbigniewa Jaworowskiego i Adama Zubka.
sobota, 17 kwietnia 2010
Popołudnia
Był mężczyzną, który bał się popołudni. Czasem trudno było wstać mu z łóżka. Ale jak spuścił już nogi, to świat go wciągał. Wsysał zwyczajnie. I jakieś zadania znajdował, które trzymały go w pionie. Po południu, gdy światło zaczynało mięknąć, ale dopiero zaczynało, jeszcze nie było miękkie, zapadał się w sobie. Wybuchała w nim jedna myśl. Inna za każdym razem. Choć czasem się powtarzały. I tak zaczynał rozmyślać o beznadziejności, choć przecież jego życie nie miało z nią nic wspólnego. Beznadziejność rozpinała mu bluzę, przymykała oczy, odchylała głowę. Zaczynała powoli masować skronie. Czuł ulgę. Odprężał się. I już był gotów. Już mógł pieścić swoją ulubioną emocję. Już mógł ubrać się w lęk. Zanurzyć się w nim. Poczuć kołatanie serca. Pot na czole. I nie tylko czole zresztą.
Tak, był mężczyzną, który bał się popołudni. I popołudniami zaczynał bać się wszystkiego. Niczego zewnętrznego. Niczego realnego. I przekuwał ten nierealny lęk na coś realnego. Na śmierć, chorobę, brak sensu, zagubienie. Musiał to nazwać. Musiał określić. Jak najszybciej. Musiał się okłamać, by móc bać się w spokoju, z czystym sumieniem. By czuć się usprawiedliwionym za lęk.
Nigdy mu nie przyszło do głowy, że ten lęk jest z jakiegoś powodu. Myślał, że ludzie skazani są na beznadziejne przypadki. On był beznadziejnym przypadkiem. Lubił się takim widzieć. Popołudniami.
Kiedyś, w autobusie zobaczył vlepkę. 3 rysunki układały się w historię. Na pierwszym szedł facet. Na drugim wsadził sobie głowę w dupę. Na trzecim został tylko dym i napis: „pufffff”. Pomyślał, że jego lęk jest jak dupa. Można się w nim zmieścić. Całym. Że ten strach jest schronieniem.
Pewnego popołudnia nie zapadł się w sobie. Napisał kilka słów. Dodały mu odwagi. Pomyślał, że może nigdy nie dojdzie, skąd jest w nim lęk. Ale że dociekanie tego, sprawia mu radość. Dodaje odwagi. Zaczął dociekać. I poczuł, jakby wyciągnął głowę z dupy… i pomyślał, że to jest dobre.
Subskrybuj:
Posty (Atom)