sobota, 30 października 2010

Pisany później

Doszedłem pewnego razu do wniosku, że skoro największy strach i przerażenie spotkało mnie we własnym łóżku, to może na końcu świata znajdę szczęście. Zaraz za granicą kosowsko - albańską jest Bairam Curri. A stamtąd już tylko 30 km szutrem do Valbony. W tamtą stronę jechaliśmy nocą. Z przytulonym kurzem. Osiadającym na wszystkim. Rozbiliśmy się pod jakąś restauracją. Po kilku dniach w górach zeszliśmy znów do Valbony. Miejsca, gdzie mieszkają białe głazy z wyschniętej rzeki i rozpadające się budynki. Z pogranicza, na którym ścierają się spokojni i cierpcy ludzie gór z namiastką miejskiego splendoru. Do Bairram Curri wróciliśmy stopem. Kierowca miał szarą, wyprasowaną koszulę, zielone spodnie na kant. Ogromnego wąsa i słoneczne okulary. Pachniał fajkami i kurzem. Prowadził gigantyczną wywrotkę Mana. Te 30 km pokonane wcześniej w ciemności tym razem przejechaliśmy na pace wywrotki. W kurzu, brudzie i niewyobrażalnym słońcu. Woda w rzece miała kolor szmaragdowy. Dookoła dzielne i spokojne góry. Na każdym kroku machający i przyjaźni ludzie. Koniec świata i jego początek.

A teraz siedzę na kanapie. I czytam, jak Stasiuk pisze o tej drodze. Że ten kolor wody, że te góry. Że ten zakątek świata, te 30 km szutru, to ulubiony zakątek kraju Envera Hoxhy. Przyjeżdżał tu, by bliżej zobaczyć te miejsca. Te mikroplanety, które planował zamienić w socjalistyczny raj. Te zakątki, które oszpecił niewyobrażalną ilością bunkrów. I wszystko u Stasiuka jest takie, jak w mojej głowie. I nie mogę pojąć, jak to możliwe...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz