Najgorsze były poranki. Zaraz po otwarciu oczy. Wtedy było najbardziej przytłaczające. Dojmujące. Wtedy byłem pewien, że nigdy się nie skończy. I marzyłem, żeby przyszedł sen. Ale on nie przychodził. Serce znów zaczynało walić. Wszędzie wisiało wielkie poczucie marności. Niemożebnej chujowości. Wszystkiego dookoła. Zaczynałem od nowa, każdego ranka, wymyślać czynności, w których dostrzegłbym sens. Co dzień było ich coraz mniej. Aż w końcu wszystkie zniknęły.
Prysznic nieco pomagał. Z akcentem na „nieco”. Nie mogłem uwierzyć, patrząc w lustro, że można mieć wszystko i czuć się tak bardzo nikim. Zaszczutym zwierzęciem. Kukłą. Że można każdego dnia, całe dnie jeść strach. Znałem jego smak doskonale. Każdą jego barwę. Był ze mną, gdy kładłem się spać, gdy się budziłem, czasem przychodził w środku nocy i w środku dnia. Przychodził, kiedy chciał. Strasznie bałem się strachu.
Często, gdy jest źle, myślisz sobie, że zrobisz coś, co sprawi, że będzie lepiej. Każdy ma takie czynności. Jakieś pomysły na życie, gdy już wszystko zawiedzie. Ja nie miałem. Bo na wszystkie, które przychodziły mi do głowy nie miałem odwagi. Bałem się jeździć, bałem się być sam, bałem się być z kimś, bałem się być. Każdego dnia i nocy. Coraz mocniej, coraz konsekwentniej przestawałem mieć ochotę żyć. Życie z jego cudownością jest zachwycające. Ale jeśli ogranicza się tylko do strachu jest nieznośne. Zawsze myślałem, że samobójcy to jakiś rodzaj niestabilnych emocjonalnie, słabych frustratów. Myślałem tak dopóki jedynym pomysłem na moje życie nie stało się dołączenie do nich.
Byłem zdrowy, sprawny, wykształcony, niebiedny, było lato i świeciło piękne słońce. Ja co dzień budziłem się z niczym. I widziałem, co mnie otacza. Widziałem ile mam. I nienawidziłem się z całych sił za to, że nie mogę tego docenić. Gdy były chwile, że się nie bałem, zaczynałem się strasznie bać, że zacznę się bać. I tak w kółko, każdego dnia. Bez wyjątku.
Ludzie przestawali mieć ochotę mnie słuchać. Nie dziwiłem się. Też miałem ochotę kopnąć się w dupę i krzyknąć: „pojebało Cię? Co ty odstawiasz. Żyj!”. Strasznie tego chciałem. Okrutnie chciałem żyć. I nie umiałem.
Siłą rozpędu toczyły się wszystkie aktywności. Pisanie pracy magisterskiej, obrona, rekrutacja na studia. Dobrze, że rozpędziłem życie na tyle, że mogło się toczyć. Pewnego dnia usiadłem no fotelu i stwierdziłem, że muszę ustalić, czego ja naprawdę chcę. Nie ustaliłem. Nie miałem pojęcia. Nie wiedziałem nawet od czego zacząć. Wymieniłbym setki sposobów na zadowolenie innych i żadnego, by zadowolić siebie. I to było właśnie to. Po prostu zapomniałem żyć…
sobota, 8 stycznia 2011
niedziela, 2 stycznia 2011
Auto
Akurat dziś brak Ci pomysłu na życie? Wsiądź do auta, włącz muzykę i po prostu jedź.
Wydaje nam się w życiu, że mamy wpływ na bardzo wiele spraw. Choć tak naprawdę jest ich garstka. Cała reszta dzieje się bez zwrócenia uwagi na nasze preferencje. A samochód jest posłuszny. Robi dokładnie to, czego chcesz. Nie dyskutuje, nie narzeka, zawsze mu się podoba. To przynosi ukojenie. To przynosi spokój.
Jeśli myślisz, że można zrobić wiele z człowiekiem, który nie ma poczucia bezpieczeństwa, to nieprawda. Można z nim zrobić dosłownie wszystko. Poza zapewnieniem mu tego poczucia. To akurat musi zrobić sam...
Znaleźć coś, co nie wiadomo kiedy się zgubiło. Trzeba mieć sporo odwagi, żeby w ogóle zacząć szukać...
Wydaje nam się w życiu, że mamy wpływ na bardzo wiele spraw. Choć tak naprawdę jest ich garstka. Cała reszta dzieje się bez zwrócenia uwagi na nasze preferencje. A samochód jest posłuszny. Robi dokładnie to, czego chcesz. Nie dyskutuje, nie narzeka, zawsze mu się podoba. To przynosi ukojenie. To przynosi spokój.
Jeśli myślisz, że można zrobić wiele z człowiekiem, który nie ma poczucia bezpieczeństwa, to nieprawda. Można z nim zrobić dosłownie wszystko. Poza zapewnieniem mu tego poczucia. To akurat musi zrobić sam...
Znaleźć coś, co nie wiadomo kiedy się zgubiło. Trzeba mieć sporo odwagi, żeby w ogóle zacząć szukać...
niedziela, 12 grudnia 2010
topole
Chyba każdy tak ma, że czasem wpadają mu w ręce słowa i już nie trzeba nic więcej. Żadnej głoski, tchnienia, gestu. Tam wszystko już jest zaklęte. Na swoim miejscu. Nic nie trzeba przestawiać:
PYLIŁY TOPOLE
Miałaś alergię na topole, więc trzymałem cię w domu
całą wiosnę.
Opiekowałem się tobą, karmiłem jak w niebie ambrozją,
to jest kaszą jaglaną z miodem.
Malowałem ci policzki marchewkowym sokiem,
żebyś nie była taka blada.
I pieściłem cię bez przerwy,
żebyś nie była taka smutna.
aż twoje włosy na karku układały się w pierścionki
mokre od potu.
Naprawdę się starałem, naśladowałem Boga,
chcąc stworzyć cały świat z jednego słowa
(jest takie słowo, które daje te szansę).
I w końcu się udało –
pierwsze moje tchnienie o świcie i stanęłaś w ogniu.
Zaistniałaś tak mocno, że musiałem zniknąć.
Musiałem wyjść z domu, aby szukać siebie.
Widziałem wiatr, słyszałem słońce,
Ale to nie ja byłem ich autorem.
Pyliły topole.
A.J.
PYLIŁY TOPOLE
Miałaś alergię na topole, więc trzymałem cię w domu
całą wiosnę.
Opiekowałem się tobą, karmiłem jak w niebie ambrozją,
to jest kaszą jaglaną z miodem.
Malowałem ci policzki marchewkowym sokiem,
żebyś nie była taka blada.
I pieściłem cię bez przerwy,
żebyś nie była taka smutna.
aż twoje włosy na karku układały się w pierścionki
mokre od potu.
Naprawdę się starałem, naśladowałem Boga,
chcąc stworzyć cały świat z jednego słowa
(jest takie słowo, które daje te szansę).
I w końcu się udało –
pierwsze moje tchnienie o świcie i stanęłaś w ogniu.
Zaistniałaś tak mocno, że musiałem zniknąć.
Musiałem wyjść z domu, aby szukać siebie.
Widziałem wiatr, słyszałem słońce,
Ale to nie ja byłem ich autorem.
Pyliły topole.
A.J.
niedziela, 14 listopada 2010
Tak nieznośnie padało
Od wielu dni
Nie chciało skończyć
Można się było w tym deszczu zaszyć
Duszę przemoczyć
Rozpuścić się
Zapukała cicho
Czekał cały dzień
Wreszcie nie będzie z tym deszczem sam
Nie zdjęła butów ani kurtki
Miała maskę nieczucia
Zimno, strach, mdłości
Nic
Spojrzała za okno
Nie kocham Cię
Liście już opadły
I dni coraz krótsze
Nie kocham Cię
I wyszła
Już na zawsze wyszła
Od wielu dni
Nie chciało skończyć
Można się było w tym deszczu zaszyć
Duszę przemoczyć
Rozpuścić się
Zapukała cicho
Czekał cały dzień
Wreszcie nie będzie z tym deszczem sam
Nie zdjęła butów ani kurtki
Miała maskę nieczucia
Zimno, strach, mdłości
Nic
Spojrzała za okno
Nie kocham Cię
Liście już opadły
I dni coraz krótsze
Nie kocham Cię
I wyszła
Już na zawsze wyszła
sobota, 30 października 2010
Pisany później
Doszedłem pewnego razu do wniosku, że skoro największy strach i przerażenie spotkało mnie we własnym łóżku, to może na końcu świata znajdę szczęście. Zaraz za granicą kosowsko - albańską jest Bairam Curri. A stamtąd już tylko 30 km szutrem do Valbony. W tamtą stronę jechaliśmy nocą. Z przytulonym kurzem. Osiadającym na wszystkim. Rozbiliśmy się pod jakąś restauracją. Po kilku dniach w górach zeszliśmy znów do Valbony. Miejsca, gdzie mieszkają białe głazy z wyschniętej rzeki i rozpadające się budynki. Z pogranicza, na którym ścierają się spokojni i cierpcy ludzie gór z namiastką miejskiego splendoru. Do Bairram Curri wróciliśmy stopem. Kierowca miał szarą, wyprasowaną koszulę, zielone spodnie na kant. Ogromnego wąsa i słoneczne okulary. Pachniał fajkami i kurzem. Prowadził gigantyczną wywrotkę Mana. Te 30 km pokonane wcześniej w ciemności tym razem przejechaliśmy na pace wywrotki. W kurzu, brudzie i niewyobrażalnym słońcu. Woda w rzece miała kolor szmaragdowy. Dookoła dzielne i spokojne góry. Na każdym kroku machający i przyjaźni ludzie. Koniec świata i jego początek.
A teraz siedzę na kanapie. I czytam, jak Stasiuk pisze o tej drodze. Że ten kolor wody, że te góry. Że ten zakątek świata, te 30 km szutru, to ulubiony zakątek kraju Envera Hoxhy. Przyjeżdżał tu, by bliżej zobaczyć te miejsca. Te mikroplanety, które planował zamienić w socjalistyczny raj. Te zakątki, które oszpecił niewyobrażalną ilością bunkrów. I wszystko u Stasiuka jest takie, jak w mojej głowie. I nie mogę pojąć, jak to możliwe...
A teraz siedzę na kanapie. I czytam, jak Stasiuk pisze o tej drodze. Że ten kolor wody, że te góry. Że ten zakątek świata, te 30 km szutru, to ulubiony zakątek kraju Envera Hoxhy. Przyjeżdżał tu, by bliżej zobaczyć te miejsca. Te mikroplanety, które planował zamienić w socjalistyczny raj. Te zakątki, które oszpecił niewyobrażalną ilością bunkrów. I wszystko u Stasiuka jest takie, jak w mojej głowie. I nie mogę pojąć, jak to możliwe...
środa, 22 września 2010
czwartek, 16 września 2010
Dłonie
Dłonie pachniały mu podróżą. Zbliżył je powoli do twarzy, żeby wziąć z oczu włosy. I poczuł ten zapach. Kurz, bród i wszystkie przedmioty, których dotykał, które muskał, którymi ciskał i które układał. Wszystkie składały się na tę paletę. Ni to zapach, ni to smród. I gdziekolwiek nie był, czegokolwiek nie robił i niezależnie jak długo tych rąk nie mył, one zawsze w podróży pachniały tak samo. Gdy jechał pociągiem ten zapach się wzmacniał. Przykładał wtedy dłonie do twarzy i zaciągał się kilka razy. Kładł je powoli na kolanach i oglądał. Towarzyszyły mu przez całe życie i zawsze skupiały jego uwagę. Choć znał je na pamięć i robił nimi już prawie wszystko.
Gapił się w okno beznamiętnie. To go uspokajało. Mijane domy, pola, drogi. W sumie to by było na tyle, gdy jedziesz przez ten kraj. Gapił się przez okno. Szczególną ulgę przynosiło mu to w nocy. Tak, gapienie się w noc to naprawdę dobre zajęcie. Masz wtedy poczucie, że jesteś malutki. Że nic nie znaczysz. Że jakby Cię nie było, to… To wszystko dalej by się kulało. Po swojemu. Nawet nie zobaczyli by, że się stąd zwinąłeś. I myślał, że to dobrze. Łatwiej znieść chujowe życie, gdy ono nikogo nie obchodzi.
W sumie to był przekonany, że to sprawiedliwe. Przez całe życie niczego mu nie brakowało. Miał co jeść, miał się w co ubrać. Dwie ręce miał. Miał zawsze dokąd wrócić. Nieważne, że wracać nie chciał. Rzeczywistość to nic więcej, niż świadomość i wiara. Cokolwiek się wydarzy i tak widzimy to tak, jak chcemy to widzieć. Rzeczywistość jest obiektywna, ale nigdy dla ludzi. Więc myślał, że to sprawiedliwe. Niczego mu nie brakowało więc dostał od świata bagaż lęków. Żeby go wozić po tym kurewskim świecie. Żeby nie móc się go pozbyć. I gdy ten bagaż go przyciskał. Zabierał mu oddech. Tak bardzo, że już nie wiadomo było, czy się położyć, czy uciekać, czy się zabić. Wtedy wskakiwał do pociągu i jechał. Zanim do niego wskoczył miał pewność, że w drodze przestanie to czuć. I choć, gdy jechał, to nie znikało, to trwał w tej ułudzie. I dopóki jechał, mógł oddychać. Po kilku godzinach to cichło. Odchodziło parę kroków. Wtedy można było wysiąść i zobaczyć, gdzie się jest.
Nie walczył z tym. Dawno już przestał. Uznał, że tak ma być. Na świecie, gdzie więcej ludzi ma telefon komórkowy, niż dostęp do wody pitnej nie ma mowy o sprawiedliwości. On się nie miał zamiaru z koniem kopać. Przyjął ten bagaż i nigdy nawet nie pomyślał, że można go jakoś zrzucić. Wypierdolić zwyczajnie i już się nie bać, nie zaliczać zrzutów, nie musieć chlać. On kipiał akceptacją.
I to jechanie robiło mu dobrze. Starał się wtedy nie patrzeć w przeszłość. Nic ciekawego tam nie było. I w przyszłość też nie spoglądał. Wiedział, że jakkolwiek chujowo by nie było, tam z przodu może być jeszcze gorzej.
Wysiadł nie wiadomo gdzie. W jakiejś dziurze. Chmury wisiały nad tym miejscem i śmierdziało tam niespełnionymi marzeniami. Taką atmosferę można momentalnie wyczuć. Jest ciężko. Człowiek sam z siebie popada w marazm. Tylko by usiadł. I jeszcze najchętniej zaczął się rozczulać. Takie miejsca noszą na plecach kartkę z napisem: „jak, kurwa mać, mogło być, a jak nie było.” W takich miejscach nawet umrzeć nie wypada, bo przecież z tym pogrzebem tyle zachodu. No i zasiłek ostatnio niższy dają
w zusie.
Usiadł na wilgotnym bruku. Zrobiło mu się zimno w dupę, ale tylko przez moment. Potem było już wszystko jedno. Więc siedział na tym bruku. I było mu tak kurewsko wszystko jedno. Więc zaczął się kiwać. To zawsze poprawia nastrój. Kiwał się i kiwał. Myślał o tym, że trzeba skończyć z tym uciekaniem. Że to już się robi powoli śmieszne. Tylko kurwa te pociągi i pociągi. Powinien się zatrudnić na PKP, żeby móc normalnie i w miarę tanio żyć.
Nagle podeszła do niego kobieta. W sumie dwie kobiety. W takich miejscach, wszystkie kobiety po pięćdziesiątce mają takie same fryzury. Krótkie włosy, jakiś kolor, fiołkowy, tleniony, koperkowy, chuj wie jaki. Jakieś trwałe ondulacje, żeby się kręciło i żeby nie trzeba było czesać. I w sumie nie wiadomo czemu sobie tego problemu z czesaniem oszczędzają, jak i tak wstają o 4.30. Czasu mają w bród. Mogłyby się czesać całą dobę. Ale one wolą łazić, oglądać, wtykać nos w nie swoje sprawy. I mieć przy tym naprawdę pokaźne poczucie misji. Jakby to wstanie przed kurami, to była najważniejsza rzecz na świecie. Jakby kurwa bez nich słońce nie
umiało wstało.
No więc podeszły do niego dwie takie. Jak zobaczył „Strażnicę” w rękach jednej to pomyślał, że to się może źle skończyć. On tu ucieka przed piździelcem, a one do niego z dobrą nowiną. Przez chwilę się przestraszył, że mógłby je zabić. Wtedy dopiero życie stałoby się chujowe.
Zapytały go grzecznie, czy słyszał dobrą nowinę? Tego akurat się spodziewał. Wiedział, że tak nie wypada, ale odpowiedział pytaniem na pytanie. „W sensie, że ten skurwiel dał się powiesić?” One się tego nie spodziewały. Na chwilę nawet złamały pierwszą zasadę Dobrego Świadka Jehowy i przestały się uśmiechać. Ale po sekundzie ich grymas wrócił na twarz i wylądował tuż pod domalowanymi kredką brwiami. „Dlaczego tak mówisz o naszym Bogu młody człowieku?”
To już była przesada. Za tego młodego człowieka, to mógłby z główki pociągnąć. Jak można kochać kogoś, kto wskakuje na krzyż, daje się przybijać, choć od początku wie, że robią go w chuja, potem jeszcze daje się żgać dzidą. A na koniec zabrania wszystkim popełnić samobójstwo. Zawsze go wkurwiała ta zasada. Uważał prawo do samobójstwa za jedno z najważniejszych i podstawowych praw człowieka. I jak ktoś mu tego zabraniał, to rósł w nim gul. I miał ochotę komuś wyjebać. To był zresztą podstawowy jego sposób odreagowywania.
Teraz miał dość. Musiał wziąć sprawy w swoje ręce, które wciąż pachniały podróżą. W sklepie kupił wino. Dwa wina. We wsi była też rzeka. Położył się w krzakach na brzegu i poczekał aż się ściemni. Otworzył pierwszą butelkę. Chłód ze środka go rozgrzał. Znieczulił się nieco i zaczął płakać. Jak zwykle, jak zawsze – nic to nie dało…
Gapił się w okno beznamiętnie. To go uspokajało. Mijane domy, pola, drogi. W sumie to by było na tyle, gdy jedziesz przez ten kraj. Gapił się przez okno. Szczególną ulgę przynosiło mu to w nocy. Tak, gapienie się w noc to naprawdę dobre zajęcie. Masz wtedy poczucie, że jesteś malutki. Że nic nie znaczysz. Że jakby Cię nie było, to… To wszystko dalej by się kulało. Po swojemu. Nawet nie zobaczyli by, że się stąd zwinąłeś. I myślał, że to dobrze. Łatwiej znieść chujowe życie, gdy ono nikogo nie obchodzi.
W sumie to był przekonany, że to sprawiedliwe. Przez całe życie niczego mu nie brakowało. Miał co jeść, miał się w co ubrać. Dwie ręce miał. Miał zawsze dokąd wrócić. Nieważne, że wracać nie chciał. Rzeczywistość to nic więcej, niż świadomość i wiara. Cokolwiek się wydarzy i tak widzimy to tak, jak chcemy to widzieć. Rzeczywistość jest obiektywna, ale nigdy dla ludzi. Więc myślał, że to sprawiedliwe. Niczego mu nie brakowało więc dostał od świata bagaż lęków. Żeby go wozić po tym kurewskim świecie. Żeby nie móc się go pozbyć. I gdy ten bagaż go przyciskał. Zabierał mu oddech. Tak bardzo, że już nie wiadomo było, czy się położyć, czy uciekać, czy się zabić. Wtedy wskakiwał do pociągu i jechał. Zanim do niego wskoczył miał pewność, że w drodze przestanie to czuć. I choć, gdy jechał, to nie znikało, to trwał w tej ułudzie. I dopóki jechał, mógł oddychać. Po kilku godzinach to cichło. Odchodziło parę kroków. Wtedy można było wysiąść i zobaczyć, gdzie się jest.
Nie walczył z tym. Dawno już przestał. Uznał, że tak ma być. Na świecie, gdzie więcej ludzi ma telefon komórkowy, niż dostęp do wody pitnej nie ma mowy o sprawiedliwości. On się nie miał zamiaru z koniem kopać. Przyjął ten bagaż i nigdy nawet nie pomyślał, że można go jakoś zrzucić. Wypierdolić zwyczajnie i już się nie bać, nie zaliczać zrzutów, nie musieć chlać. On kipiał akceptacją.
I to jechanie robiło mu dobrze. Starał się wtedy nie patrzeć w przeszłość. Nic ciekawego tam nie było. I w przyszłość też nie spoglądał. Wiedział, że jakkolwiek chujowo by nie było, tam z przodu może być jeszcze gorzej.
Wysiadł nie wiadomo gdzie. W jakiejś dziurze. Chmury wisiały nad tym miejscem i śmierdziało tam niespełnionymi marzeniami. Taką atmosferę można momentalnie wyczuć. Jest ciężko. Człowiek sam z siebie popada w marazm. Tylko by usiadł. I jeszcze najchętniej zaczął się rozczulać. Takie miejsca noszą na plecach kartkę z napisem: „jak, kurwa mać, mogło być, a jak nie było.” W takich miejscach nawet umrzeć nie wypada, bo przecież z tym pogrzebem tyle zachodu. No i zasiłek ostatnio niższy dają
w zusie.
Usiadł na wilgotnym bruku. Zrobiło mu się zimno w dupę, ale tylko przez moment. Potem było już wszystko jedno. Więc siedział na tym bruku. I było mu tak kurewsko wszystko jedno. Więc zaczął się kiwać. To zawsze poprawia nastrój. Kiwał się i kiwał. Myślał o tym, że trzeba skończyć z tym uciekaniem. Że to już się robi powoli śmieszne. Tylko kurwa te pociągi i pociągi. Powinien się zatrudnić na PKP, żeby móc normalnie i w miarę tanio żyć.
Nagle podeszła do niego kobieta. W sumie dwie kobiety. W takich miejscach, wszystkie kobiety po pięćdziesiątce mają takie same fryzury. Krótkie włosy, jakiś kolor, fiołkowy, tleniony, koperkowy, chuj wie jaki. Jakieś trwałe ondulacje, żeby się kręciło i żeby nie trzeba było czesać. I w sumie nie wiadomo czemu sobie tego problemu z czesaniem oszczędzają, jak i tak wstają o 4.30. Czasu mają w bród. Mogłyby się czesać całą dobę. Ale one wolą łazić, oglądać, wtykać nos w nie swoje sprawy. I mieć przy tym naprawdę pokaźne poczucie misji. Jakby to wstanie przed kurami, to była najważniejsza rzecz na świecie. Jakby kurwa bez nich słońce nie
umiało wstało.
No więc podeszły do niego dwie takie. Jak zobaczył „Strażnicę” w rękach jednej to pomyślał, że to się może źle skończyć. On tu ucieka przed piździelcem, a one do niego z dobrą nowiną. Przez chwilę się przestraszył, że mógłby je zabić. Wtedy dopiero życie stałoby się chujowe.
Zapytały go grzecznie, czy słyszał dobrą nowinę? Tego akurat się spodziewał. Wiedział, że tak nie wypada, ale odpowiedział pytaniem na pytanie. „W sensie, że ten skurwiel dał się powiesić?” One się tego nie spodziewały. Na chwilę nawet złamały pierwszą zasadę Dobrego Świadka Jehowy i przestały się uśmiechać. Ale po sekundzie ich grymas wrócił na twarz i wylądował tuż pod domalowanymi kredką brwiami. „Dlaczego tak mówisz o naszym Bogu młody człowieku?”
To już była przesada. Za tego młodego człowieka, to mógłby z główki pociągnąć. Jak można kochać kogoś, kto wskakuje na krzyż, daje się przybijać, choć od początku wie, że robią go w chuja, potem jeszcze daje się żgać dzidą. A na koniec zabrania wszystkim popełnić samobójstwo. Zawsze go wkurwiała ta zasada. Uważał prawo do samobójstwa za jedno z najważniejszych i podstawowych praw człowieka. I jak ktoś mu tego zabraniał, to rósł w nim gul. I miał ochotę komuś wyjebać. To był zresztą podstawowy jego sposób odreagowywania.
Teraz miał dość. Musiał wziąć sprawy w swoje ręce, które wciąż pachniały podróżą. W sklepie kupił wino. Dwa wina. We wsi była też rzeka. Położył się w krzakach na brzegu i poczekał aż się ściemni. Otworzył pierwszą butelkę. Chłód ze środka go rozgrzał. Znieczulił się nieco i zaczął płakać. Jak zwykle, jak zawsze – nic to nie dało…
Subskrybuj:
Posty (Atom)