Gdy wyjeżdżałem, mieszkanie było tylko pustym mieszkaniem.
Wróciłem do mieszkania pełnego możliwości.
Szczęście to sposób patrzenia na świat.
"Nie ma czegoś takiego, jak porażka - są tylko przełomy."
niedziela, 27 lutego 2011
niedziela, 6 lutego 2011
Na dziś...
Na dziś zdecydowanie ponownie Anna Janko:
Cudownie
Cudownie by się było wreszcie Tobą znużyć.
Wyczerpać wszystko, do imentu zużyć.
Lubić Cię tylko, nie kochać, kochać, a nie lubić.
Wyjechać w podróż z Tobą, gdzieś cię w świecie zgubić.
Nie myśleć o Tobie, tęsknić nieprzytomnie.
Co noc śnić namiętnie, imię twe zapomnieć.
Chcieć wieczności z Tobą, kwadransu żałować.
Nudzić się okrutnie, chłonąć twoje słowa.
Wielbić Cię, ubóstwiać, gardzić, besztać za nic.
Skąpić pocałunku, oddać się bez granic.
Zatracić się. Ujść cało. Stchórzyć, sięgać śmiało.
Nie móc spojrzeć w oczy, tonąć w twym spojrzeniu.
Wyjść bez słowa, zasnąć na twoim ramieniu.
Pamiętać. Zapomnieć. Pragnąć aż do bólu.
Gorzko płakać przez ciebie. Nawet nie czuć żalu.
Lekceważyć, przeceniać, dostać wszystko, zrzec się.
Czcić pamiątki po nas, wyrzucić wspomnienia.
Tyle w sobie zmienić, niczego nie zmieniać.
Być Anną twego życia, przelotną przygodą.
Być piękną i być brzydką, być starą, być młodą.
Razem w tysiąc gwiazd patrzeć, osobno w dwa słońca.
Mieć cię zawsze obok. Nigdy cię nie spotkać.
Bez przerwy pożądać. Unikać jak ognia.
Skończyć wszystko wreszcie. Wrócić i chcieć jeszcze.
z tomu:Wiersze z cieniem, Wydawnictwo Nowy Świat, Warszawa 2010.
I już więcej na dziś nie trzeba.
Cudownie
Cudownie by się było wreszcie Tobą znużyć.
Wyczerpać wszystko, do imentu zużyć.
Lubić Cię tylko, nie kochać, kochać, a nie lubić.
Wyjechać w podróż z Tobą, gdzieś cię w świecie zgubić.
Nie myśleć o Tobie, tęsknić nieprzytomnie.
Co noc śnić namiętnie, imię twe zapomnieć.
Chcieć wieczności z Tobą, kwadransu żałować.
Nudzić się okrutnie, chłonąć twoje słowa.
Wielbić Cię, ubóstwiać, gardzić, besztać za nic.
Skąpić pocałunku, oddać się bez granic.
Zatracić się. Ujść cało. Stchórzyć, sięgać śmiało.
Nie móc spojrzeć w oczy, tonąć w twym spojrzeniu.
Wyjść bez słowa, zasnąć na twoim ramieniu.
Pamiętać. Zapomnieć. Pragnąć aż do bólu.
Gorzko płakać przez ciebie. Nawet nie czuć żalu.
Lekceważyć, przeceniać, dostać wszystko, zrzec się.
Czcić pamiątki po nas, wyrzucić wspomnienia.
Tyle w sobie zmienić, niczego nie zmieniać.
Być Anną twego życia, przelotną przygodą.
Być piękną i być brzydką, być starą, być młodą.
Razem w tysiąc gwiazd patrzeć, osobno w dwa słońca.
Mieć cię zawsze obok. Nigdy cię nie spotkać.
Bez przerwy pożądać. Unikać jak ognia.
Skończyć wszystko wreszcie. Wrócić i chcieć jeszcze.
z tomu:Wiersze z cieniem, Wydawnictwo Nowy Świat, Warszawa 2010.
I już więcej na dziś nie trzeba.
sobota, 8 stycznia 2011
Poranki
Najgorsze były poranki. Zaraz po otwarciu oczy. Wtedy było najbardziej przytłaczające. Dojmujące. Wtedy byłem pewien, że nigdy się nie skończy. I marzyłem, żeby przyszedł sen. Ale on nie przychodził. Serce znów zaczynało walić. Wszędzie wisiało wielkie poczucie marności. Niemożebnej chujowości. Wszystkiego dookoła. Zaczynałem od nowa, każdego ranka, wymyślać czynności, w których dostrzegłbym sens. Co dzień było ich coraz mniej. Aż w końcu wszystkie zniknęły.
Prysznic nieco pomagał. Z akcentem na „nieco”. Nie mogłem uwierzyć, patrząc w lustro, że można mieć wszystko i czuć się tak bardzo nikim. Zaszczutym zwierzęciem. Kukłą. Że można każdego dnia, całe dnie jeść strach. Znałem jego smak doskonale. Każdą jego barwę. Był ze mną, gdy kładłem się spać, gdy się budziłem, czasem przychodził w środku nocy i w środku dnia. Przychodził, kiedy chciał. Strasznie bałem się strachu.
Często, gdy jest źle, myślisz sobie, że zrobisz coś, co sprawi, że będzie lepiej. Każdy ma takie czynności. Jakieś pomysły na życie, gdy już wszystko zawiedzie. Ja nie miałem. Bo na wszystkie, które przychodziły mi do głowy nie miałem odwagi. Bałem się jeździć, bałem się być sam, bałem się być z kimś, bałem się być. Każdego dnia i nocy. Coraz mocniej, coraz konsekwentniej przestawałem mieć ochotę żyć. Życie z jego cudownością jest zachwycające. Ale jeśli ogranicza się tylko do strachu jest nieznośne. Zawsze myślałem, że samobójcy to jakiś rodzaj niestabilnych emocjonalnie, słabych frustratów. Myślałem tak dopóki jedynym pomysłem na moje życie nie stało się dołączenie do nich.
Byłem zdrowy, sprawny, wykształcony, niebiedny, było lato i świeciło piękne słońce. Ja co dzień budziłem się z niczym. I widziałem, co mnie otacza. Widziałem ile mam. I nienawidziłem się z całych sił za to, że nie mogę tego docenić. Gdy były chwile, że się nie bałem, zaczynałem się strasznie bać, że zacznę się bać. I tak w kółko, każdego dnia. Bez wyjątku.
Ludzie przestawali mieć ochotę mnie słuchać. Nie dziwiłem się. Też miałem ochotę kopnąć się w dupę i krzyknąć: „pojebało Cię? Co ty odstawiasz. Żyj!”. Strasznie tego chciałem. Okrutnie chciałem żyć. I nie umiałem.
Siłą rozpędu toczyły się wszystkie aktywności. Pisanie pracy magisterskiej, obrona, rekrutacja na studia. Dobrze, że rozpędziłem życie na tyle, że mogło się toczyć. Pewnego dnia usiadłem no fotelu i stwierdziłem, że muszę ustalić, czego ja naprawdę chcę. Nie ustaliłem. Nie miałem pojęcia. Nie wiedziałem nawet od czego zacząć. Wymieniłbym setki sposobów na zadowolenie innych i żadnego, by zadowolić siebie. I to było właśnie to. Po prostu zapomniałem żyć…
Prysznic nieco pomagał. Z akcentem na „nieco”. Nie mogłem uwierzyć, patrząc w lustro, że można mieć wszystko i czuć się tak bardzo nikim. Zaszczutym zwierzęciem. Kukłą. Że można każdego dnia, całe dnie jeść strach. Znałem jego smak doskonale. Każdą jego barwę. Był ze mną, gdy kładłem się spać, gdy się budziłem, czasem przychodził w środku nocy i w środku dnia. Przychodził, kiedy chciał. Strasznie bałem się strachu.
Często, gdy jest źle, myślisz sobie, że zrobisz coś, co sprawi, że będzie lepiej. Każdy ma takie czynności. Jakieś pomysły na życie, gdy już wszystko zawiedzie. Ja nie miałem. Bo na wszystkie, które przychodziły mi do głowy nie miałem odwagi. Bałem się jeździć, bałem się być sam, bałem się być z kimś, bałem się być. Każdego dnia i nocy. Coraz mocniej, coraz konsekwentniej przestawałem mieć ochotę żyć. Życie z jego cudownością jest zachwycające. Ale jeśli ogranicza się tylko do strachu jest nieznośne. Zawsze myślałem, że samobójcy to jakiś rodzaj niestabilnych emocjonalnie, słabych frustratów. Myślałem tak dopóki jedynym pomysłem na moje życie nie stało się dołączenie do nich.
Byłem zdrowy, sprawny, wykształcony, niebiedny, było lato i świeciło piękne słońce. Ja co dzień budziłem się z niczym. I widziałem, co mnie otacza. Widziałem ile mam. I nienawidziłem się z całych sił za to, że nie mogę tego docenić. Gdy były chwile, że się nie bałem, zaczynałem się strasznie bać, że zacznę się bać. I tak w kółko, każdego dnia. Bez wyjątku.
Ludzie przestawali mieć ochotę mnie słuchać. Nie dziwiłem się. Też miałem ochotę kopnąć się w dupę i krzyknąć: „pojebało Cię? Co ty odstawiasz. Żyj!”. Strasznie tego chciałem. Okrutnie chciałem żyć. I nie umiałem.
Siłą rozpędu toczyły się wszystkie aktywności. Pisanie pracy magisterskiej, obrona, rekrutacja na studia. Dobrze, że rozpędziłem życie na tyle, że mogło się toczyć. Pewnego dnia usiadłem no fotelu i stwierdziłem, że muszę ustalić, czego ja naprawdę chcę. Nie ustaliłem. Nie miałem pojęcia. Nie wiedziałem nawet od czego zacząć. Wymieniłbym setki sposobów na zadowolenie innych i żadnego, by zadowolić siebie. I to było właśnie to. Po prostu zapomniałem żyć…
niedziela, 2 stycznia 2011
Auto
Akurat dziś brak Ci pomysłu na życie? Wsiądź do auta, włącz muzykę i po prostu jedź.
Wydaje nam się w życiu, że mamy wpływ na bardzo wiele spraw. Choć tak naprawdę jest ich garstka. Cała reszta dzieje się bez zwrócenia uwagi na nasze preferencje. A samochód jest posłuszny. Robi dokładnie to, czego chcesz. Nie dyskutuje, nie narzeka, zawsze mu się podoba. To przynosi ukojenie. To przynosi spokój.
Jeśli myślisz, że można zrobić wiele z człowiekiem, który nie ma poczucia bezpieczeństwa, to nieprawda. Można z nim zrobić dosłownie wszystko. Poza zapewnieniem mu tego poczucia. To akurat musi zrobić sam...
Znaleźć coś, co nie wiadomo kiedy się zgubiło. Trzeba mieć sporo odwagi, żeby w ogóle zacząć szukać...
Wydaje nam się w życiu, że mamy wpływ na bardzo wiele spraw. Choć tak naprawdę jest ich garstka. Cała reszta dzieje się bez zwrócenia uwagi na nasze preferencje. A samochód jest posłuszny. Robi dokładnie to, czego chcesz. Nie dyskutuje, nie narzeka, zawsze mu się podoba. To przynosi ukojenie. To przynosi spokój.
Jeśli myślisz, że można zrobić wiele z człowiekiem, który nie ma poczucia bezpieczeństwa, to nieprawda. Można z nim zrobić dosłownie wszystko. Poza zapewnieniem mu tego poczucia. To akurat musi zrobić sam...
Znaleźć coś, co nie wiadomo kiedy się zgubiło. Trzeba mieć sporo odwagi, żeby w ogóle zacząć szukać...
niedziela, 12 grudnia 2010
topole
Chyba każdy tak ma, że czasem wpadają mu w ręce słowa i już nie trzeba nic więcej. Żadnej głoski, tchnienia, gestu. Tam wszystko już jest zaklęte. Na swoim miejscu. Nic nie trzeba przestawiać:
PYLIŁY TOPOLE
Miałaś alergię na topole, więc trzymałem cię w domu
całą wiosnę.
Opiekowałem się tobą, karmiłem jak w niebie ambrozją,
to jest kaszą jaglaną z miodem.
Malowałem ci policzki marchewkowym sokiem,
żebyś nie była taka blada.
I pieściłem cię bez przerwy,
żebyś nie była taka smutna.
aż twoje włosy na karku układały się w pierścionki
mokre od potu.
Naprawdę się starałem, naśladowałem Boga,
chcąc stworzyć cały świat z jednego słowa
(jest takie słowo, które daje te szansę).
I w końcu się udało –
pierwsze moje tchnienie o świcie i stanęłaś w ogniu.
Zaistniałaś tak mocno, że musiałem zniknąć.
Musiałem wyjść z domu, aby szukać siebie.
Widziałem wiatr, słyszałem słońce,
Ale to nie ja byłem ich autorem.
Pyliły topole.
A.J.
PYLIŁY TOPOLE
Miałaś alergię na topole, więc trzymałem cię w domu
całą wiosnę.
Opiekowałem się tobą, karmiłem jak w niebie ambrozją,
to jest kaszą jaglaną z miodem.
Malowałem ci policzki marchewkowym sokiem,
żebyś nie była taka blada.
I pieściłem cię bez przerwy,
żebyś nie była taka smutna.
aż twoje włosy na karku układały się w pierścionki
mokre od potu.
Naprawdę się starałem, naśladowałem Boga,
chcąc stworzyć cały świat z jednego słowa
(jest takie słowo, które daje te szansę).
I w końcu się udało –
pierwsze moje tchnienie o świcie i stanęłaś w ogniu.
Zaistniałaś tak mocno, że musiałem zniknąć.
Musiałem wyjść z domu, aby szukać siebie.
Widziałem wiatr, słyszałem słońce,
Ale to nie ja byłem ich autorem.
Pyliły topole.
A.J.
niedziela, 14 listopada 2010
Tak nieznośnie padało
Od wielu dni
Nie chciało skończyć
Można się było w tym deszczu zaszyć
Duszę przemoczyć
Rozpuścić się
Zapukała cicho
Czekał cały dzień
Wreszcie nie będzie z tym deszczem sam
Nie zdjęła butów ani kurtki
Miała maskę nieczucia
Zimno, strach, mdłości
Nic
Spojrzała za okno
Nie kocham Cię
Liście już opadły
I dni coraz krótsze
Nie kocham Cię
I wyszła
Już na zawsze wyszła
Od wielu dni
Nie chciało skończyć
Można się było w tym deszczu zaszyć
Duszę przemoczyć
Rozpuścić się
Zapukała cicho
Czekał cały dzień
Wreszcie nie będzie z tym deszczem sam
Nie zdjęła butów ani kurtki
Miała maskę nieczucia
Zimno, strach, mdłości
Nic
Spojrzała za okno
Nie kocham Cię
Liście już opadły
I dni coraz krótsze
Nie kocham Cię
I wyszła
Już na zawsze wyszła
sobota, 30 października 2010
Pisany później
Doszedłem pewnego razu do wniosku, że skoro największy strach i przerażenie spotkało mnie we własnym łóżku, to może na końcu świata znajdę szczęście. Zaraz za granicą kosowsko - albańską jest Bairam Curri. A stamtąd już tylko 30 km szutrem do Valbony. W tamtą stronę jechaliśmy nocą. Z przytulonym kurzem. Osiadającym na wszystkim. Rozbiliśmy się pod jakąś restauracją. Po kilku dniach w górach zeszliśmy znów do Valbony. Miejsca, gdzie mieszkają białe głazy z wyschniętej rzeki i rozpadające się budynki. Z pogranicza, na którym ścierają się spokojni i cierpcy ludzie gór z namiastką miejskiego splendoru. Do Bairram Curri wróciliśmy stopem. Kierowca miał szarą, wyprasowaną koszulę, zielone spodnie na kant. Ogromnego wąsa i słoneczne okulary. Pachniał fajkami i kurzem. Prowadził gigantyczną wywrotkę Mana. Te 30 km pokonane wcześniej w ciemności tym razem przejechaliśmy na pace wywrotki. W kurzu, brudzie i niewyobrażalnym słońcu. Woda w rzece miała kolor szmaragdowy. Dookoła dzielne i spokojne góry. Na każdym kroku machający i przyjaźni ludzie. Koniec świata i jego początek.
A teraz siedzę na kanapie. I czytam, jak Stasiuk pisze o tej drodze. Że ten kolor wody, że te góry. Że ten zakątek świata, te 30 km szutru, to ulubiony zakątek kraju Envera Hoxhy. Przyjeżdżał tu, by bliżej zobaczyć te miejsca. Te mikroplanety, które planował zamienić w socjalistyczny raj. Te zakątki, które oszpecił niewyobrażalną ilością bunkrów. I wszystko u Stasiuka jest takie, jak w mojej głowie. I nie mogę pojąć, jak to możliwe...
A teraz siedzę na kanapie. I czytam, jak Stasiuk pisze o tej drodze. Że ten kolor wody, że te góry. Że ten zakątek świata, te 30 km szutru, to ulubiony zakątek kraju Envera Hoxhy. Przyjeżdżał tu, by bliżej zobaczyć te miejsca. Te mikroplanety, które planował zamienić w socjalistyczny raj. Te zakątki, które oszpecił niewyobrażalną ilością bunkrów. I wszystko u Stasiuka jest takie, jak w mojej głowie. I nie mogę pojąć, jak to możliwe...
Subskrybuj:
Posty (Atom)