Chyba każdy tak ma, że czasem wpadają mu w ręce słowa i już nie trzeba nic więcej. Żadnej głoski, tchnienia, gestu. Tam wszystko już jest zaklęte. Na swoim miejscu. Nic nie trzeba przestawiać:
PYLIŁY TOPOLE
Miałaś alergię na topole, więc trzymałem cię w domu
całą wiosnę.
Opiekowałem się tobą, karmiłem jak w niebie ambrozją,
to jest kaszą jaglaną z miodem.
Malowałem ci policzki marchewkowym sokiem,
żebyś nie była taka blada.
I pieściłem cię bez przerwy,
żebyś nie była taka smutna.
aż twoje włosy na karku układały się w pierścionki
mokre od potu.
Naprawdę się starałem, naśladowałem Boga,
chcąc stworzyć cały świat z jednego słowa
(jest takie słowo, które daje te szansę).
I w końcu się udało –
pierwsze moje tchnienie o świcie i stanęłaś w ogniu.
Zaistniałaś tak mocno, że musiałem zniknąć.
Musiałem wyjść z domu, aby szukać siebie.
Widziałem wiatr, słyszałem słońce,
Ale to nie ja byłem ich autorem.
Pyliły topole.
A.J.
niedziela, 12 grudnia 2010
niedziela, 14 listopada 2010
Tak nieznośnie padało
Od wielu dni
Nie chciało skończyć
Można się było w tym deszczu zaszyć
Duszę przemoczyć
Rozpuścić się
Zapukała cicho
Czekał cały dzień
Wreszcie nie będzie z tym deszczem sam
Nie zdjęła butów ani kurtki
Miała maskę nieczucia
Zimno, strach, mdłości
Nic
Spojrzała za okno
Nie kocham Cię
Liście już opadły
I dni coraz krótsze
Nie kocham Cię
I wyszła
Już na zawsze wyszła
Od wielu dni
Nie chciało skończyć
Można się było w tym deszczu zaszyć
Duszę przemoczyć
Rozpuścić się
Zapukała cicho
Czekał cały dzień
Wreszcie nie będzie z tym deszczem sam
Nie zdjęła butów ani kurtki
Miała maskę nieczucia
Zimno, strach, mdłości
Nic
Spojrzała za okno
Nie kocham Cię
Liście już opadły
I dni coraz krótsze
Nie kocham Cię
I wyszła
Już na zawsze wyszła
sobota, 30 października 2010
Pisany później
Doszedłem pewnego razu do wniosku, że skoro największy strach i przerażenie spotkało mnie we własnym łóżku, to może na końcu świata znajdę szczęście. Zaraz za granicą kosowsko - albańską jest Bairam Curri. A stamtąd już tylko 30 km szutrem do Valbony. W tamtą stronę jechaliśmy nocą. Z przytulonym kurzem. Osiadającym na wszystkim. Rozbiliśmy się pod jakąś restauracją. Po kilku dniach w górach zeszliśmy znów do Valbony. Miejsca, gdzie mieszkają białe głazy z wyschniętej rzeki i rozpadające się budynki. Z pogranicza, na którym ścierają się spokojni i cierpcy ludzie gór z namiastką miejskiego splendoru. Do Bairram Curri wróciliśmy stopem. Kierowca miał szarą, wyprasowaną koszulę, zielone spodnie na kant. Ogromnego wąsa i słoneczne okulary. Pachniał fajkami i kurzem. Prowadził gigantyczną wywrotkę Mana. Te 30 km pokonane wcześniej w ciemności tym razem przejechaliśmy na pace wywrotki. W kurzu, brudzie i niewyobrażalnym słońcu. Woda w rzece miała kolor szmaragdowy. Dookoła dzielne i spokojne góry. Na każdym kroku machający i przyjaźni ludzie. Koniec świata i jego początek.
A teraz siedzę na kanapie. I czytam, jak Stasiuk pisze o tej drodze. Że ten kolor wody, że te góry. Że ten zakątek świata, te 30 km szutru, to ulubiony zakątek kraju Envera Hoxhy. Przyjeżdżał tu, by bliżej zobaczyć te miejsca. Te mikroplanety, które planował zamienić w socjalistyczny raj. Te zakątki, które oszpecił niewyobrażalną ilością bunkrów. I wszystko u Stasiuka jest takie, jak w mojej głowie. I nie mogę pojąć, jak to możliwe...
A teraz siedzę na kanapie. I czytam, jak Stasiuk pisze o tej drodze. Że ten kolor wody, że te góry. Że ten zakątek świata, te 30 km szutru, to ulubiony zakątek kraju Envera Hoxhy. Przyjeżdżał tu, by bliżej zobaczyć te miejsca. Te mikroplanety, które planował zamienić w socjalistyczny raj. Te zakątki, które oszpecił niewyobrażalną ilością bunkrów. I wszystko u Stasiuka jest takie, jak w mojej głowie. I nie mogę pojąć, jak to możliwe...
środa, 22 września 2010
czwartek, 16 września 2010
Dłonie
Dłonie pachniały mu podróżą. Zbliżył je powoli do twarzy, żeby wziąć z oczu włosy. I poczuł ten zapach. Kurz, bród i wszystkie przedmioty, których dotykał, które muskał, którymi ciskał i które układał. Wszystkie składały się na tę paletę. Ni to zapach, ni to smród. I gdziekolwiek nie był, czegokolwiek nie robił i niezależnie jak długo tych rąk nie mył, one zawsze w podróży pachniały tak samo. Gdy jechał pociągiem ten zapach się wzmacniał. Przykładał wtedy dłonie do twarzy i zaciągał się kilka razy. Kładł je powoli na kolanach i oglądał. Towarzyszyły mu przez całe życie i zawsze skupiały jego uwagę. Choć znał je na pamięć i robił nimi już prawie wszystko.
Gapił się w okno beznamiętnie. To go uspokajało. Mijane domy, pola, drogi. W sumie to by było na tyle, gdy jedziesz przez ten kraj. Gapił się przez okno. Szczególną ulgę przynosiło mu to w nocy. Tak, gapienie się w noc to naprawdę dobre zajęcie. Masz wtedy poczucie, że jesteś malutki. Że nic nie znaczysz. Że jakby Cię nie było, to… To wszystko dalej by się kulało. Po swojemu. Nawet nie zobaczyli by, że się stąd zwinąłeś. I myślał, że to dobrze. Łatwiej znieść chujowe życie, gdy ono nikogo nie obchodzi.
W sumie to był przekonany, że to sprawiedliwe. Przez całe życie niczego mu nie brakowało. Miał co jeść, miał się w co ubrać. Dwie ręce miał. Miał zawsze dokąd wrócić. Nieważne, że wracać nie chciał. Rzeczywistość to nic więcej, niż świadomość i wiara. Cokolwiek się wydarzy i tak widzimy to tak, jak chcemy to widzieć. Rzeczywistość jest obiektywna, ale nigdy dla ludzi. Więc myślał, że to sprawiedliwe. Niczego mu nie brakowało więc dostał od świata bagaż lęków. Żeby go wozić po tym kurewskim świecie. Żeby nie móc się go pozbyć. I gdy ten bagaż go przyciskał. Zabierał mu oddech. Tak bardzo, że już nie wiadomo było, czy się położyć, czy uciekać, czy się zabić. Wtedy wskakiwał do pociągu i jechał. Zanim do niego wskoczył miał pewność, że w drodze przestanie to czuć. I choć, gdy jechał, to nie znikało, to trwał w tej ułudzie. I dopóki jechał, mógł oddychać. Po kilku godzinach to cichło. Odchodziło parę kroków. Wtedy można było wysiąść i zobaczyć, gdzie się jest.
Nie walczył z tym. Dawno już przestał. Uznał, że tak ma być. Na świecie, gdzie więcej ludzi ma telefon komórkowy, niż dostęp do wody pitnej nie ma mowy o sprawiedliwości. On się nie miał zamiaru z koniem kopać. Przyjął ten bagaż i nigdy nawet nie pomyślał, że można go jakoś zrzucić. Wypierdolić zwyczajnie i już się nie bać, nie zaliczać zrzutów, nie musieć chlać. On kipiał akceptacją.
I to jechanie robiło mu dobrze. Starał się wtedy nie patrzeć w przeszłość. Nic ciekawego tam nie było. I w przyszłość też nie spoglądał. Wiedział, że jakkolwiek chujowo by nie było, tam z przodu może być jeszcze gorzej.
Wysiadł nie wiadomo gdzie. W jakiejś dziurze. Chmury wisiały nad tym miejscem i śmierdziało tam niespełnionymi marzeniami. Taką atmosferę można momentalnie wyczuć. Jest ciężko. Człowiek sam z siebie popada w marazm. Tylko by usiadł. I jeszcze najchętniej zaczął się rozczulać. Takie miejsca noszą na plecach kartkę z napisem: „jak, kurwa mać, mogło być, a jak nie było.” W takich miejscach nawet umrzeć nie wypada, bo przecież z tym pogrzebem tyle zachodu. No i zasiłek ostatnio niższy dają
w zusie.
Usiadł na wilgotnym bruku. Zrobiło mu się zimno w dupę, ale tylko przez moment. Potem było już wszystko jedno. Więc siedział na tym bruku. I było mu tak kurewsko wszystko jedno. Więc zaczął się kiwać. To zawsze poprawia nastrój. Kiwał się i kiwał. Myślał o tym, że trzeba skończyć z tym uciekaniem. Że to już się robi powoli śmieszne. Tylko kurwa te pociągi i pociągi. Powinien się zatrudnić na PKP, żeby móc normalnie i w miarę tanio żyć.
Nagle podeszła do niego kobieta. W sumie dwie kobiety. W takich miejscach, wszystkie kobiety po pięćdziesiątce mają takie same fryzury. Krótkie włosy, jakiś kolor, fiołkowy, tleniony, koperkowy, chuj wie jaki. Jakieś trwałe ondulacje, żeby się kręciło i żeby nie trzeba było czesać. I w sumie nie wiadomo czemu sobie tego problemu z czesaniem oszczędzają, jak i tak wstają o 4.30. Czasu mają w bród. Mogłyby się czesać całą dobę. Ale one wolą łazić, oglądać, wtykać nos w nie swoje sprawy. I mieć przy tym naprawdę pokaźne poczucie misji. Jakby to wstanie przed kurami, to była najważniejsza rzecz na świecie. Jakby kurwa bez nich słońce nie
umiało wstało.
No więc podeszły do niego dwie takie. Jak zobaczył „Strażnicę” w rękach jednej to pomyślał, że to się może źle skończyć. On tu ucieka przed piździelcem, a one do niego z dobrą nowiną. Przez chwilę się przestraszył, że mógłby je zabić. Wtedy dopiero życie stałoby się chujowe.
Zapytały go grzecznie, czy słyszał dobrą nowinę? Tego akurat się spodziewał. Wiedział, że tak nie wypada, ale odpowiedział pytaniem na pytanie. „W sensie, że ten skurwiel dał się powiesić?” One się tego nie spodziewały. Na chwilę nawet złamały pierwszą zasadę Dobrego Świadka Jehowy i przestały się uśmiechać. Ale po sekundzie ich grymas wrócił na twarz i wylądował tuż pod domalowanymi kredką brwiami. „Dlaczego tak mówisz o naszym Bogu młody człowieku?”
To już była przesada. Za tego młodego człowieka, to mógłby z główki pociągnąć. Jak można kochać kogoś, kto wskakuje na krzyż, daje się przybijać, choć od początku wie, że robią go w chuja, potem jeszcze daje się żgać dzidą. A na koniec zabrania wszystkim popełnić samobójstwo. Zawsze go wkurwiała ta zasada. Uważał prawo do samobójstwa za jedno z najważniejszych i podstawowych praw człowieka. I jak ktoś mu tego zabraniał, to rósł w nim gul. I miał ochotę komuś wyjebać. To był zresztą podstawowy jego sposób odreagowywania.
Teraz miał dość. Musiał wziąć sprawy w swoje ręce, które wciąż pachniały podróżą. W sklepie kupił wino. Dwa wina. We wsi była też rzeka. Położył się w krzakach na brzegu i poczekał aż się ściemni. Otworzył pierwszą butelkę. Chłód ze środka go rozgrzał. Znieczulił się nieco i zaczął płakać. Jak zwykle, jak zawsze – nic to nie dało…
Gapił się w okno beznamiętnie. To go uspokajało. Mijane domy, pola, drogi. W sumie to by było na tyle, gdy jedziesz przez ten kraj. Gapił się przez okno. Szczególną ulgę przynosiło mu to w nocy. Tak, gapienie się w noc to naprawdę dobre zajęcie. Masz wtedy poczucie, że jesteś malutki. Że nic nie znaczysz. Że jakby Cię nie było, to… To wszystko dalej by się kulało. Po swojemu. Nawet nie zobaczyli by, że się stąd zwinąłeś. I myślał, że to dobrze. Łatwiej znieść chujowe życie, gdy ono nikogo nie obchodzi.
W sumie to był przekonany, że to sprawiedliwe. Przez całe życie niczego mu nie brakowało. Miał co jeść, miał się w co ubrać. Dwie ręce miał. Miał zawsze dokąd wrócić. Nieważne, że wracać nie chciał. Rzeczywistość to nic więcej, niż świadomość i wiara. Cokolwiek się wydarzy i tak widzimy to tak, jak chcemy to widzieć. Rzeczywistość jest obiektywna, ale nigdy dla ludzi. Więc myślał, że to sprawiedliwe. Niczego mu nie brakowało więc dostał od świata bagaż lęków. Żeby go wozić po tym kurewskim świecie. Żeby nie móc się go pozbyć. I gdy ten bagaż go przyciskał. Zabierał mu oddech. Tak bardzo, że już nie wiadomo było, czy się położyć, czy uciekać, czy się zabić. Wtedy wskakiwał do pociągu i jechał. Zanim do niego wskoczył miał pewność, że w drodze przestanie to czuć. I choć, gdy jechał, to nie znikało, to trwał w tej ułudzie. I dopóki jechał, mógł oddychać. Po kilku godzinach to cichło. Odchodziło parę kroków. Wtedy można było wysiąść i zobaczyć, gdzie się jest.
Nie walczył z tym. Dawno już przestał. Uznał, że tak ma być. Na świecie, gdzie więcej ludzi ma telefon komórkowy, niż dostęp do wody pitnej nie ma mowy o sprawiedliwości. On się nie miał zamiaru z koniem kopać. Przyjął ten bagaż i nigdy nawet nie pomyślał, że można go jakoś zrzucić. Wypierdolić zwyczajnie i już się nie bać, nie zaliczać zrzutów, nie musieć chlać. On kipiał akceptacją.
I to jechanie robiło mu dobrze. Starał się wtedy nie patrzeć w przeszłość. Nic ciekawego tam nie było. I w przyszłość też nie spoglądał. Wiedział, że jakkolwiek chujowo by nie było, tam z przodu może być jeszcze gorzej.
Wysiadł nie wiadomo gdzie. W jakiejś dziurze. Chmury wisiały nad tym miejscem i śmierdziało tam niespełnionymi marzeniami. Taką atmosferę można momentalnie wyczuć. Jest ciężko. Człowiek sam z siebie popada w marazm. Tylko by usiadł. I jeszcze najchętniej zaczął się rozczulać. Takie miejsca noszą na plecach kartkę z napisem: „jak, kurwa mać, mogło być, a jak nie było.” W takich miejscach nawet umrzeć nie wypada, bo przecież z tym pogrzebem tyle zachodu. No i zasiłek ostatnio niższy dają
w zusie.
Usiadł na wilgotnym bruku. Zrobiło mu się zimno w dupę, ale tylko przez moment. Potem było już wszystko jedno. Więc siedział na tym bruku. I było mu tak kurewsko wszystko jedno. Więc zaczął się kiwać. To zawsze poprawia nastrój. Kiwał się i kiwał. Myślał o tym, że trzeba skończyć z tym uciekaniem. Że to już się robi powoli śmieszne. Tylko kurwa te pociągi i pociągi. Powinien się zatrudnić na PKP, żeby móc normalnie i w miarę tanio żyć.
Nagle podeszła do niego kobieta. W sumie dwie kobiety. W takich miejscach, wszystkie kobiety po pięćdziesiątce mają takie same fryzury. Krótkie włosy, jakiś kolor, fiołkowy, tleniony, koperkowy, chuj wie jaki. Jakieś trwałe ondulacje, żeby się kręciło i żeby nie trzeba było czesać. I w sumie nie wiadomo czemu sobie tego problemu z czesaniem oszczędzają, jak i tak wstają o 4.30. Czasu mają w bród. Mogłyby się czesać całą dobę. Ale one wolą łazić, oglądać, wtykać nos w nie swoje sprawy. I mieć przy tym naprawdę pokaźne poczucie misji. Jakby to wstanie przed kurami, to była najważniejsza rzecz na świecie. Jakby kurwa bez nich słońce nie
umiało wstało.
No więc podeszły do niego dwie takie. Jak zobaczył „Strażnicę” w rękach jednej to pomyślał, że to się może źle skończyć. On tu ucieka przed piździelcem, a one do niego z dobrą nowiną. Przez chwilę się przestraszył, że mógłby je zabić. Wtedy dopiero życie stałoby się chujowe.
Zapytały go grzecznie, czy słyszał dobrą nowinę? Tego akurat się spodziewał. Wiedział, że tak nie wypada, ale odpowiedział pytaniem na pytanie. „W sensie, że ten skurwiel dał się powiesić?” One się tego nie spodziewały. Na chwilę nawet złamały pierwszą zasadę Dobrego Świadka Jehowy i przestały się uśmiechać. Ale po sekundzie ich grymas wrócił na twarz i wylądował tuż pod domalowanymi kredką brwiami. „Dlaczego tak mówisz o naszym Bogu młody człowieku?”
To już była przesada. Za tego młodego człowieka, to mógłby z główki pociągnąć. Jak można kochać kogoś, kto wskakuje na krzyż, daje się przybijać, choć od początku wie, że robią go w chuja, potem jeszcze daje się żgać dzidą. A na koniec zabrania wszystkim popełnić samobójstwo. Zawsze go wkurwiała ta zasada. Uważał prawo do samobójstwa za jedno z najważniejszych i podstawowych praw człowieka. I jak ktoś mu tego zabraniał, to rósł w nim gul. I miał ochotę komuś wyjebać. To był zresztą podstawowy jego sposób odreagowywania.
Teraz miał dość. Musiał wziąć sprawy w swoje ręce, które wciąż pachniały podróżą. W sklepie kupił wino. Dwa wina. We wsi była też rzeka. Położył się w krzakach na brzegu i poczekał aż się ściemni. Otworzył pierwszą butelkę. Chłód ze środka go rozgrzał. Znieczulił się nieco i zaczął płakać. Jak zwykle, jak zawsze – nic to nie dało…
sobota, 21 sierpnia 2010
Komu potrzebne jest Kosowo
„Komu potrzebne jest Kosowo? Albo Macedonia? Małe, zapomniane kraje, które dla jednych stanowią jedynie kłopot, a dla innych łup. Gdy świat odwróci na chwilę od nich wzrok, po prostu przestaną istnieć, bo dzisiaj istnieje tylko to, co jest dostrzegane przez innych. Istnienie samo w sobie dawno już straciło sens.”
Andrzej Stasiuk, Fado
Wyjazd na Bałkany, żeby je zrozumieć to głupi pomysł. Bałkany można jedynie poczuć. Wracam stamtąd i wiem jeszcze mniej. Czuję się jeszcze bardziej bezradny. Ale wiem, że nie o zrozumienie tu chodzi. Bałkany trzeba poczuć. I już nigdy nie zapomnieć.
Jak to więc było z tym Kosowem? Czy jest ono komukolwiek potrzebne? Są ludzie, dla których jest to dom. I nigdy być nim nie przestanie. I są też ludzie, którzy na tym konflikcie postanowili się wzbogacić. I przyzwyczaili się bardzo do swoich dużych domów, dużych samochodów i pokojówek. Boją się to utracić. Więc mają w dupie zwykłego człowieka. Tak samo silnie, jak zwykły człowiek ma w dupie ich i ich raporty na tematy nikogo nie obchodzące.
Bo z tym Kosowem to zawsze był problem. W 1455 sprowadzili się tam Turcy. I zaczęli islamizować. Ale nie jakoś nachalnie i na siłę. Na początku grzecznie. Prośbą. Szanowali Chrześcijan i nie robili im krzywdy. Islamizacja postępowała powoli. W wieku XVI i XVII ciągle wzrastające podatki dla chrześcijan skłaniały coraz więcej ludzi do przejścia na islam. Dodatkowo w 1690 nastąpiła wielka wędrówka Serbów. Uciekali zwyczajnie przed represjami pod skrzydła cesarza austrowęgierskiego.
Z biegiem czasu sytuacja chrześcijan zaczęła się diametralnie pogarszać. W każdym wieku jakiś oszołom ograniczał ich swobody, piętnował i zmuszał do zmiany religii. W 1912 roku, kiedy nastąpiło rozstrzygnięcie pierwszej wojny bałkańskiej historia wypięła się na Kosowarów. Po utworzeniu niepodległej Albanii, Kosowo, na którego terenach toczyła się większość walk, zostało na prawie 100 lat wcielone do Serbii. Zwyczajnie wydymano ich bez mydła więc co się dziwić, że się sfrustrowali.
W pierwszej wojnie światowej Serbowie nie zabłysnęli. Kosowo wówczas zostało podzielone pomiędzy dwóch okupantów: Bułgarię i Austrię. Potem stało się częścią Królestwa Serbów, Chorwatów i Słoweńców, a następnie Jugosławii. Jako autonomicznej jednostce nadano Kosowu prawa, których realizacja odbywała się tylko na papierze. W istocie byli gnębieni, poniewierani i w sumie nic dziwnego, że narastało w nich siarczyste wkurwienie. Zwłaszcza, że postanowiono pozbawiać Albańczyków majątków i oddawać go w ręce Słowian. Dodatkowo w 1939 rozpoczął się program deportacji muzułmańskich.
Po wojnie jakoś tak powiało poprawą. Albania i Jugosławia zaczęły ściśle współpracować. Namawiano też Muzułmanów, by określali się, jako Turcy. Mogli wówczas bez przeszkód wyemigrować do Turcji. W 1968 przyznano Kosowu jeszcze większą autonomię i utworzono Uniwersytet Priszteński, w którym nawet zdarzało się nauczać po albańsku. W 1974 nastąpiło kolejne rozszerzenie autonomii Kosowa, które praktycznie zrównało je w prawach z niepodległymi republikami. Nadal jednak używano określenia prowincja autonomiczna.
Tito wiedział, że nadanie pełnej autonomii Kosowu przysporzy mu problemów. Że Serbowie się zbuntują. Jednak sprawa Kosowa stała się na tyle palącą, że była ona głównym przedmiotem w sporze o władze. W latach 80. W tym sporze zwyciężył serbski nacjonalista Slobodan Milosevic. No i zaczął się kwas.
Nowa konstytucja zniosła całą kosowską autonomię. Albańczyków zaczęto zwalniać ze stanowisk. Uniwersytet w Prisztinie stał się uczelnią serbską. W 1992 roku prezydentem samozwańczej Republiki Kosowa został Ibrahim Rugova. Jak można się domyślać, Belgrad za bardzo wynikiem wyborów się nie przejął. W czasie wojen w Słowenii, Chorwacji i Bośni polityka biernego oporu kosowskich Albańczyków przyniosła względny spokój. Jej ceną jednak był wzrost frustracji. Musiało w końcu jebnąć. No i tak też się stało. Do 1997 roku represje antyalbańskie narastały. Więc Albańczycy doszli do wniosku, że walczyć można jedynie zbrojnie. Więc utworzyli UCK (Wyzwoleńcza Armia Kosowa). Eskalacja konfliktu przypadła na rok 1998. 400 tys. Alnbańczyków uciekło do Albanii i Macedonii. Serbowie też nie czuli się zbyt pewni i uciekali w obawie przed odwetami.
NATO postanowiło wkroczyć dopiero po maskarze we wsi Racak. 24 marca 1999 roku. Choć wiele wskazuje na to, że masakra w Racak to była zwyczajna prowokacja. Racak to wieś w środkowym Kosowie. Znajdowała się tam jedna z baz UCK. 15 stycznia 1999 roku Serbowie ostrzelali Racak. Na miejsce przyjechali przedstawiciele OBWE. Zawieszono broń na kołku i Serbowie się wycofali. Obserwatorzy znaleźli jedną zabitą osobę i 4 rannych. Choć walki nie były już toczone, następnego dnia znaleziono w Racak 40 zabitych. Dodatkowo przedstawiciel USA, ten jeden jedyny raz, nie nakazał, jak zwykle odgrodzić terenu mordu, lecz udostępnił z marszu dziennikarzom wszystkie dowody rzekomej zbrodni. Ciała prawdopodobnie zostały celowo podłożone z innych terenów walk. Mimo, że wszystko wskazywało na mistyfikację, a Le Monde i Le Figaro zdemaskowały spisek, wielu dziennikarzy łyknęło historię, jak młode łabędzie. W świat poszła wiadomość o ludobójstwie w Racak. Więc NATO zbombardowało strategiczne cele na terenie Serbii. Stąd naprawdę gigantyczna nienawiść Serbów do NATO. Krytykowano przede wszystkim wybór celów bombardowań. Ich zniszczenie uderzyło głównie w cywilów. 12 czerwca 1999 roku Milosevic zgodził się na warunki pokojowe i ONZ-owskie siły KFOR zaczęły wkraczać do Kosowa. Władzę przejęła tymczasowa administracja pod auspicjami ONZ.
Usłyszałem niedawno słowa: „Jeśli ktoś Ci powie, że ONZ jest organizacją nieefektywną i skorumpowaną, to ma rację.” Po tragedii w Srebrenicy i Ruandzie błękitne hełmy zmieniono na hełmy narodowe. UN zmieniono na KFOR. W 2004 roku doszło do pogromów marcowych. Uzbrojeni Albańczycy wdzierali się do enklaw serbskich chronionych przez KFOR. Od 2005 roku sytuacja Kosowa stała się dramatyczna. Kraina stanęła pod ścianą. Serbowie chcieli utrzymać Kosowo, jako autonomiczną prowincję, Albańczycy pragnęli niepodległości. Negocjacje prowadziły donikąd. Jednak nie dało się dłużej utrzymać status quo. W listopadzie 2007 roku odbyły się wybory do parlamentu kosowskiego zbojkotowane przez większość Serbów. Po pół roku nastąpiło ogłoszenie niepodległości. Obecnie spośród 27 państw Unii Europejskiej 22 uznaje republikę Kosowa. 3 państwa jej nie uznają, a 2 nie wiedzą, czy chcą ją uznać, czy też nie. Na świecie Kosowo uznało 69 państw. To około jedna trzecia wszystkich państw świata.
Kosowo jest wielkości województwa świętokrzyskiego. Jest 3 razy mniejsze od Wielkopolski. Mieszka w nim nieco ponad 2 mln ludzi, z czego 88 % to Albańczycy, a 6 % stanowią Serbowie. Przyrodniczo piękny kraj. Urbanistycznie, niewyobrażalna szkarada.
Na granicy macedońsko – kosowskiej panował spokój. Jedyne zaniepokojenie widać było wśród strażników. Do Macedonii jechały dwa autobusy z ukraińskimi żołnierzami. No i nie chcieli ich puścić, co oczywiście nie bardzo się żołnierzom spodobało. Więc żołnierze wyszli z autobusu, stanęli w dużym rozkroku, założyli ręce pod pachy i w swoich słonecznych okularach przedstawiali swoje argumenty. Gdy żołnierz stanie w takiej pozycji jego argumenty od razu wydają się bardziej racjonalne. Przynajmniej dla bezpośredniego rozmówcy.
Ze Skopie do Prisztiny, stolicy Kosowa, jedzie się niespełna 3 godziny. W zasadzie pierwsze wrażenie na temat Kosowa jest bardzo klarowne. Są tylko trzy możliwe stany w tym kraju. Góry, przedmieścia i miasta. Nie ma innych rodzajów przestrzeni. I w sumie pierwsze wrażenie staje się ostatecznym. Tak już ten kraj jest urządzony.
Więc do miast wjeżdża się długo. W zasadzie podróż do innego miasta dzieli się na krótki epizod jazdy międzymiastowej i bardzo długi epizod pokonywania przedmieść. Gdy już się miasto osiągnie, najczęściej jest to absolutny przestrzenny i architektoniczny burdel. Śmieci, ludzie, zwierzęta i niedokończone budynki. Większość handlu odbywa się na ulicach. Ludzie siedzą i gapią się na wszystko, co inne. Gadają, gestykulują i sprawiają wrażenie nieco otępiałych.
Albańczycy z Kosowa to liberalni muzułmanie. Piją alkohol i nie zawsze chadzają do meczetu. Słowianom dziwne wydaje się ich zbieranie w grupach tej samej płci w czasie wieczornej socjalizacji. Raczej nie zdarza się, żeby mężczyźni spędzali w barach i na ulicach czas z kobietami. Chyba, że to ich żony.
Przewodnik po Bałkanach mówi, że Prisztina nie stanowi atrakcji turystycznej w klasycznym tego pojęcia rozumieniu. I myślę, że to święta prawda. Stolica Kosowa jest po prostu brzydka. Nie widać w niej żadnych terenów zielonych. Nie widać jakiejś głębszej myśli przestrzennej. Po prostu wąskie ulice ze straganami i domy najczęściej niedokończone. Kosowo nie ma swojej gospodarki. Żyje z pomocy zagranicznej i z pieniędzy przysyłanych rodzinom najczęściej z Niemiec. Dlatego na ulicach przeważają głównie drobne biznesy. Raczej mające zabić czas, niż przynieść dochód.
W stolicy na każdym kroku widać auta korpusu dyplomatycznego. Jest ich chyba tak samo dużo, jak zwykłych aut. Co chwile spotyka się siły KFOR-u. W Prisztinie w powietrzu czuć niezdecydowanie. Niechęć do działania. Czuć też pewien rodzaj zagubienia. Wieczorami, siedząc przy otwartym oknie, odpoczywając do upału, można usłyszeć odległe serie z AK-47. Panuje w Prisztinie spokój. Jest bezpiecznie. Ale każdy ma broń i wie, jak jej użyć w razie czego.
Na każdym kroku widać przerażającą, czerwono – czarną flagę Albanii. Są nią oflagowane wszystkie wesela. A jest ich sporo. Jedzie wówczas przez miasto konwój i trąbi, jak opętany. To akurat normalne. Ale oni dodatkowo ciągle wymachują albańską flagą. Z okien aut, z szyberdachów. Mają je też poprzyczepiane do lamp. A ten dwugłowy ptak jest nieco straszny. Jakby połknąć chciał wszystko bez gryzienia.
Jest też nieograniczona miłość do tych, którzy w utworzeniu państwa pomogli. Wielkie bilbordy z Tonym Blair’em otrzymującym kwiaty od małej dziewczynki i napis: ‘A friend, a leader, a hero.’ Są gigantyczne plakaty z Billem Clintonem. Restauracje Bill Clinton. Ulice Billa Clintona i George’a Bush’a. Dokładnie za to, za co wdzięczni są im kosowscy Albańczycy, nienawidzą ich Serbowie. Zbombardowany w 1999 roku budynek w samym środku Belgradu stoi w takim stanie do dziś – ku pamięci.
Na wzgórzu położona jest ogromna baza KFOR-u. Tuż obok niej zagłębie podróbek. Prawo autorskie w Kosowie albo nie istnieje, albo wszyscy mają je w dupie. Obok bazy KFOR-u ( żołnierze to przecież bogata grupa społeczna) znajduje się salon Rolexa. W Polsce o otwarciu salonu Rolexa (upragnionego salonu) zrobiono reportaże w idiotycznych programach z cyklu: kto kogo złapał za cycek i kto z kim pił wódkę. W Prisztinie salon Rolexa to niewielka drewniana budka z desek. A w niej wszystkie możliwe modele. Za kilkadziesiąt euro. Jest też słynny market MiniMax. Tam można kupić wszystko. Od gier, filmów i zegarków, po ciuchu i gadżety. Wszystko najlepszych marek. Wszystko perfidnie tanie. A w środku żołnierze, Włosi, Grecy, Rumuni. Całe NATO. Na dole jest dział z płytami. Filmy, które w Polsce wchodzą do kin można kupić za pół euro. Nie opłaca się obciążać łącza i tracić pieniędzy na pustą płytę.
Kosowo to mały kraj. Ale pokonywanie w nim odległości jest podobne do przemieszczania się po Polsce. Między miastami jedzie się kilka godzin. Głównie przez stan dróg, duży ruch i górzystość terenu. W autobusie zawsze słychać jazgoczące habibi. Turecka trąbka na początku przywołuje ciekawy orient. Po godzinie nie można jej słuchać. Wszystkie teledyski puszczane w autobusach są takie same. Pląsający muzycy śpiewają wciąż na tą samą nutę. Po dłuższym czasie wpędza to człowieka w rozpacz.
Do Prizren jedzie się jakieś 3 godziny. W porównaniu z Prisztiną to architektoniczna perła. Najbardziej turystyczne kosowskie miasto. Nad miastem góruje dumnie zamek. Nad rzeką wylegują się kamienne mosty. Rzeka śmierdzi starą rybą, a na brzegach walają się śmieci. Widok na Pirzren ze szczytu wzgórza, z kamiennego zamku jest zjawiskowy. Dodatkowo na zachodzie widać dumne i piękne Góry Przeklęte. Prizren jest jakieś. A to już dużo. Można po nim spacerować, można w nim żyć i człowiek nie czuje się przytłoczony. Mimo, że jest baza KFOR-u, nie ma w Prizren aż tak wielu międzynarodowych.
Komu więc potrzebne jest Kosowo? Chyba najbardziej pracownikom UNMiK (Tymczasowa Misja Administracyjna Narodów Zjednoczonych w Kosowie). Przyjeżdżają oni do Kosowa. Piszą raporty na temat planowania przestrzennego, budowy dróg, wodociągów, kanalizacji, organizacji życia i rozwoju, a potem to wszystko trafia do szuflady. Bo kosowscy Albańczycy mają w dupie te ich raporty. Nie przywykli do zrównoważonego organizowania swojej przestrzeni. Zupełnie im na tym nie zależy. Władzę wykorzystuje się dla dorobienia się, nie do poprawy jakości życia. Wychodzi się z założenia, że jeśli państwo nie będzie zbytnio obywatelowi przeszkadzać, to on już sobie życie zorganizuje. Więc międzynarodowi piszą te raporty, ślęczą nad komputerami z miną srającego kota, potem nikt tego nie czyta, ale to nieważne. Bo zarabiają swoje 6-8 tysięcy euro miesięcznie. Stać ich na wygodne życie i o wiele więcej. Czasem komuś się wymknie, że przydałby się w Europie kolejny konflikt, bo to przecież niezła kasa.
Politycznie słychać głosy, że USA poparło Kosowo z prostego powodu. Żeby namieszać Unii Europejskiej w jej strefie wpływów. I jest w tym sporo prawdy. Unia zdecydowała się pompować kosmiczne pieniądze do Kosowa i choć była to idiotyczna decyzja, nie ma od niej odwrotu. Wydaje się więc, że są ludzie, którym na istnieniu bądź nieistnieniu Kosowa zależy dużo bardziej, niż samym Albańczykom. Albańczycy, niezależnie od statusu międzynarodowego, poradzą sobie. Radzą sobie przecież nie od dziś. To naprawdę przemili i otwarci ludzie. I to chyba najważniejsza refleksja po powrocie z Kosowa.
Andrzej Stasiuk, Fado
Wyjazd na Bałkany, żeby je zrozumieć to głupi pomysł. Bałkany można jedynie poczuć. Wracam stamtąd i wiem jeszcze mniej. Czuję się jeszcze bardziej bezradny. Ale wiem, że nie o zrozumienie tu chodzi. Bałkany trzeba poczuć. I już nigdy nie zapomnieć.
Jak to więc było z tym Kosowem? Czy jest ono komukolwiek potrzebne? Są ludzie, dla których jest to dom. I nigdy być nim nie przestanie. I są też ludzie, którzy na tym konflikcie postanowili się wzbogacić. I przyzwyczaili się bardzo do swoich dużych domów, dużych samochodów i pokojówek. Boją się to utracić. Więc mają w dupie zwykłego człowieka. Tak samo silnie, jak zwykły człowiek ma w dupie ich i ich raporty na tematy nikogo nie obchodzące.
Bo z tym Kosowem to zawsze był problem. W 1455 sprowadzili się tam Turcy. I zaczęli islamizować. Ale nie jakoś nachalnie i na siłę. Na początku grzecznie. Prośbą. Szanowali Chrześcijan i nie robili im krzywdy. Islamizacja postępowała powoli. W wieku XVI i XVII ciągle wzrastające podatki dla chrześcijan skłaniały coraz więcej ludzi do przejścia na islam. Dodatkowo w 1690 nastąpiła wielka wędrówka Serbów. Uciekali zwyczajnie przed represjami pod skrzydła cesarza austrowęgierskiego.
Z biegiem czasu sytuacja chrześcijan zaczęła się diametralnie pogarszać. W każdym wieku jakiś oszołom ograniczał ich swobody, piętnował i zmuszał do zmiany religii. W 1912 roku, kiedy nastąpiło rozstrzygnięcie pierwszej wojny bałkańskiej historia wypięła się na Kosowarów. Po utworzeniu niepodległej Albanii, Kosowo, na którego terenach toczyła się większość walk, zostało na prawie 100 lat wcielone do Serbii. Zwyczajnie wydymano ich bez mydła więc co się dziwić, że się sfrustrowali.
W pierwszej wojnie światowej Serbowie nie zabłysnęli. Kosowo wówczas zostało podzielone pomiędzy dwóch okupantów: Bułgarię i Austrię. Potem stało się częścią Królestwa Serbów, Chorwatów i Słoweńców, a następnie Jugosławii. Jako autonomicznej jednostce nadano Kosowu prawa, których realizacja odbywała się tylko na papierze. W istocie byli gnębieni, poniewierani i w sumie nic dziwnego, że narastało w nich siarczyste wkurwienie. Zwłaszcza, że postanowiono pozbawiać Albańczyków majątków i oddawać go w ręce Słowian. Dodatkowo w 1939 rozpoczął się program deportacji muzułmańskich.
Po wojnie jakoś tak powiało poprawą. Albania i Jugosławia zaczęły ściśle współpracować. Namawiano też Muzułmanów, by określali się, jako Turcy. Mogli wówczas bez przeszkód wyemigrować do Turcji. W 1968 przyznano Kosowu jeszcze większą autonomię i utworzono Uniwersytet Priszteński, w którym nawet zdarzało się nauczać po albańsku. W 1974 nastąpiło kolejne rozszerzenie autonomii Kosowa, które praktycznie zrównało je w prawach z niepodległymi republikami. Nadal jednak używano określenia prowincja autonomiczna.
Tito wiedział, że nadanie pełnej autonomii Kosowu przysporzy mu problemów. Że Serbowie się zbuntują. Jednak sprawa Kosowa stała się na tyle palącą, że była ona głównym przedmiotem w sporze o władze. W latach 80. W tym sporze zwyciężył serbski nacjonalista Slobodan Milosevic. No i zaczął się kwas.
Nowa konstytucja zniosła całą kosowską autonomię. Albańczyków zaczęto zwalniać ze stanowisk. Uniwersytet w Prisztinie stał się uczelnią serbską. W 1992 roku prezydentem samozwańczej Republiki Kosowa został Ibrahim Rugova. Jak można się domyślać, Belgrad za bardzo wynikiem wyborów się nie przejął. W czasie wojen w Słowenii, Chorwacji i Bośni polityka biernego oporu kosowskich Albańczyków przyniosła względny spokój. Jej ceną jednak był wzrost frustracji. Musiało w końcu jebnąć. No i tak też się stało. Do 1997 roku represje antyalbańskie narastały. Więc Albańczycy doszli do wniosku, że walczyć można jedynie zbrojnie. Więc utworzyli UCK (Wyzwoleńcza Armia Kosowa). Eskalacja konfliktu przypadła na rok 1998. 400 tys. Alnbańczyków uciekło do Albanii i Macedonii. Serbowie też nie czuli się zbyt pewni i uciekali w obawie przed odwetami.
NATO postanowiło wkroczyć dopiero po maskarze we wsi Racak. 24 marca 1999 roku. Choć wiele wskazuje na to, że masakra w Racak to była zwyczajna prowokacja. Racak to wieś w środkowym Kosowie. Znajdowała się tam jedna z baz UCK. 15 stycznia 1999 roku Serbowie ostrzelali Racak. Na miejsce przyjechali przedstawiciele OBWE. Zawieszono broń na kołku i Serbowie się wycofali. Obserwatorzy znaleźli jedną zabitą osobę i 4 rannych. Choć walki nie były już toczone, następnego dnia znaleziono w Racak 40 zabitych. Dodatkowo przedstawiciel USA, ten jeden jedyny raz, nie nakazał, jak zwykle odgrodzić terenu mordu, lecz udostępnił z marszu dziennikarzom wszystkie dowody rzekomej zbrodni. Ciała prawdopodobnie zostały celowo podłożone z innych terenów walk. Mimo, że wszystko wskazywało na mistyfikację, a Le Monde i Le Figaro zdemaskowały spisek, wielu dziennikarzy łyknęło historię, jak młode łabędzie. W świat poszła wiadomość o ludobójstwie w Racak. Więc NATO zbombardowało strategiczne cele na terenie Serbii. Stąd naprawdę gigantyczna nienawiść Serbów do NATO. Krytykowano przede wszystkim wybór celów bombardowań. Ich zniszczenie uderzyło głównie w cywilów. 12 czerwca 1999 roku Milosevic zgodził się na warunki pokojowe i ONZ-owskie siły KFOR zaczęły wkraczać do Kosowa. Władzę przejęła tymczasowa administracja pod auspicjami ONZ.
Usłyszałem niedawno słowa: „Jeśli ktoś Ci powie, że ONZ jest organizacją nieefektywną i skorumpowaną, to ma rację.” Po tragedii w Srebrenicy i Ruandzie błękitne hełmy zmieniono na hełmy narodowe. UN zmieniono na KFOR. W 2004 roku doszło do pogromów marcowych. Uzbrojeni Albańczycy wdzierali się do enklaw serbskich chronionych przez KFOR. Od 2005 roku sytuacja Kosowa stała się dramatyczna. Kraina stanęła pod ścianą. Serbowie chcieli utrzymać Kosowo, jako autonomiczną prowincję, Albańczycy pragnęli niepodległości. Negocjacje prowadziły donikąd. Jednak nie dało się dłużej utrzymać status quo. W listopadzie 2007 roku odbyły się wybory do parlamentu kosowskiego zbojkotowane przez większość Serbów. Po pół roku nastąpiło ogłoszenie niepodległości. Obecnie spośród 27 państw Unii Europejskiej 22 uznaje republikę Kosowa. 3 państwa jej nie uznają, a 2 nie wiedzą, czy chcą ją uznać, czy też nie. Na świecie Kosowo uznało 69 państw. To około jedna trzecia wszystkich państw świata.
Kosowo jest wielkości województwa świętokrzyskiego. Jest 3 razy mniejsze od Wielkopolski. Mieszka w nim nieco ponad 2 mln ludzi, z czego 88 % to Albańczycy, a 6 % stanowią Serbowie. Przyrodniczo piękny kraj. Urbanistycznie, niewyobrażalna szkarada.
Na granicy macedońsko – kosowskiej panował spokój. Jedyne zaniepokojenie widać było wśród strażników. Do Macedonii jechały dwa autobusy z ukraińskimi żołnierzami. No i nie chcieli ich puścić, co oczywiście nie bardzo się żołnierzom spodobało. Więc żołnierze wyszli z autobusu, stanęli w dużym rozkroku, założyli ręce pod pachy i w swoich słonecznych okularach przedstawiali swoje argumenty. Gdy żołnierz stanie w takiej pozycji jego argumenty od razu wydają się bardziej racjonalne. Przynajmniej dla bezpośredniego rozmówcy.
Ze Skopie do Prisztiny, stolicy Kosowa, jedzie się niespełna 3 godziny. W zasadzie pierwsze wrażenie na temat Kosowa jest bardzo klarowne. Są tylko trzy możliwe stany w tym kraju. Góry, przedmieścia i miasta. Nie ma innych rodzajów przestrzeni. I w sumie pierwsze wrażenie staje się ostatecznym. Tak już ten kraj jest urządzony.
Więc do miast wjeżdża się długo. W zasadzie podróż do innego miasta dzieli się na krótki epizod jazdy międzymiastowej i bardzo długi epizod pokonywania przedmieść. Gdy już się miasto osiągnie, najczęściej jest to absolutny przestrzenny i architektoniczny burdel. Śmieci, ludzie, zwierzęta i niedokończone budynki. Większość handlu odbywa się na ulicach. Ludzie siedzą i gapią się na wszystko, co inne. Gadają, gestykulują i sprawiają wrażenie nieco otępiałych.
Albańczycy z Kosowa to liberalni muzułmanie. Piją alkohol i nie zawsze chadzają do meczetu. Słowianom dziwne wydaje się ich zbieranie w grupach tej samej płci w czasie wieczornej socjalizacji. Raczej nie zdarza się, żeby mężczyźni spędzali w barach i na ulicach czas z kobietami. Chyba, że to ich żony.
Przewodnik po Bałkanach mówi, że Prisztina nie stanowi atrakcji turystycznej w klasycznym tego pojęcia rozumieniu. I myślę, że to święta prawda. Stolica Kosowa jest po prostu brzydka. Nie widać w niej żadnych terenów zielonych. Nie widać jakiejś głębszej myśli przestrzennej. Po prostu wąskie ulice ze straganami i domy najczęściej niedokończone. Kosowo nie ma swojej gospodarki. Żyje z pomocy zagranicznej i z pieniędzy przysyłanych rodzinom najczęściej z Niemiec. Dlatego na ulicach przeważają głównie drobne biznesy. Raczej mające zabić czas, niż przynieść dochód.
W stolicy na każdym kroku widać auta korpusu dyplomatycznego. Jest ich chyba tak samo dużo, jak zwykłych aut. Co chwile spotyka się siły KFOR-u. W Prisztinie w powietrzu czuć niezdecydowanie. Niechęć do działania. Czuć też pewien rodzaj zagubienia. Wieczorami, siedząc przy otwartym oknie, odpoczywając do upału, można usłyszeć odległe serie z AK-47. Panuje w Prisztinie spokój. Jest bezpiecznie. Ale każdy ma broń i wie, jak jej użyć w razie czego.
Na każdym kroku widać przerażającą, czerwono – czarną flagę Albanii. Są nią oflagowane wszystkie wesela. A jest ich sporo. Jedzie wówczas przez miasto konwój i trąbi, jak opętany. To akurat normalne. Ale oni dodatkowo ciągle wymachują albańską flagą. Z okien aut, z szyberdachów. Mają je też poprzyczepiane do lamp. A ten dwugłowy ptak jest nieco straszny. Jakby połknąć chciał wszystko bez gryzienia.
Jest też nieograniczona miłość do tych, którzy w utworzeniu państwa pomogli. Wielkie bilbordy z Tonym Blair’em otrzymującym kwiaty od małej dziewczynki i napis: ‘A friend, a leader, a hero.’ Są gigantyczne plakaty z Billem Clintonem. Restauracje Bill Clinton. Ulice Billa Clintona i George’a Bush’a. Dokładnie za to, za co wdzięczni są im kosowscy Albańczycy, nienawidzą ich Serbowie. Zbombardowany w 1999 roku budynek w samym środku Belgradu stoi w takim stanie do dziś – ku pamięci.
Na wzgórzu położona jest ogromna baza KFOR-u. Tuż obok niej zagłębie podróbek. Prawo autorskie w Kosowie albo nie istnieje, albo wszyscy mają je w dupie. Obok bazy KFOR-u ( żołnierze to przecież bogata grupa społeczna) znajduje się salon Rolexa. W Polsce o otwarciu salonu Rolexa (upragnionego salonu) zrobiono reportaże w idiotycznych programach z cyklu: kto kogo złapał za cycek i kto z kim pił wódkę. W Prisztinie salon Rolexa to niewielka drewniana budka z desek. A w niej wszystkie możliwe modele. Za kilkadziesiąt euro. Jest też słynny market MiniMax. Tam można kupić wszystko. Od gier, filmów i zegarków, po ciuchu i gadżety. Wszystko najlepszych marek. Wszystko perfidnie tanie. A w środku żołnierze, Włosi, Grecy, Rumuni. Całe NATO. Na dole jest dział z płytami. Filmy, które w Polsce wchodzą do kin można kupić za pół euro. Nie opłaca się obciążać łącza i tracić pieniędzy na pustą płytę.
Kosowo to mały kraj. Ale pokonywanie w nim odległości jest podobne do przemieszczania się po Polsce. Między miastami jedzie się kilka godzin. Głównie przez stan dróg, duży ruch i górzystość terenu. W autobusie zawsze słychać jazgoczące habibi. Turecka trąbka na początku przywołuje ciekawy orient. Po godzinie nie można jej słuchać. Wszystkie teledyski puszczane w autobusach są takie same. Pląsający muzycy śpiewają wciąż na tą samą nutę. Po dłuższym czasie wpędza to człowieka w rozpacz.
Do Prizren jedzie się jakieś 3 godziny. W porównaniu z Prisztiną to architektoniczna perła. Najbardziej turystyczne kosowskie miasto. Nad miastem góruje dumnie zamek. Nad rzeką wylegują się kamienne mosty. Rzeka śmierdzi starą rybą, a na brzegach walają się śmieci. Widok na Pirzren ze szczytu wzgórza, z kamiennego zamku jest zjawiskowy. Dodatkowo na zachodzie widać dumne i piękne Góry Przeklęte. Prizren jest jakieś. A to już dużo. Można po nim spacerować, można w nim żyć i człowiek nie czuje się przytłoczony. Mimo, że jest baza KFOR-u, nie ma w Prizren aż tak wielu międzynarodowych.
Komu więc potrzebne jest Kosowo? Chyba najbardziej pracownikom UNMiK (Tymczasowa Misja Administracyjna Narodów Zjednoczonych w Kosowie). Przyjeżdżają oni do Kosowa. Piszą raporty na temat planowania przestrzennego, budowy dróg, wodociągów, kanalizacji, organizacji życia i rozwoju, a potem to wszystko trafia do szuflady. Bo kosowscy Albańczycy mają w dupie te ich raporty. Nie przywykli do zrównoważonego organizowania swojej przestrzeni. Zupełnie im na tym nie zależy. Władzę wykorzystuje się dla dorobienia się, nie do poprawy jakości życia. Wychodzi się z założenia, że jeśli państwo nie będzie zbytnio obywatelowi przeszkadzać, to on już sobie życie zorganizuje. Więc międzynarodowi piszą te raporty, ślęczą nad komputerami z miną srającego kota, potem nikt tego nie czyta, ale to nieważne. Bo zarabiają swoje 6-8 tysięcy euro miesięcznie. Stać ich na wygodne życie i o wiele więcej. Czasem komuś się wymknie, że przydałby się w Europie kolejny konflikt, bo to przecież niezła kasa.
Politycznie słychać głosy, że USA poparło Kosowo z prostego powodu. Żeby namieszać Unii Europejskiej w jej strefie wpływów. I jest w tym sporo prawdy. Unia zdecydowała się pompować kosmiczne pieniądze do Kosowa i choć była to idiotyczna decyzja, nie ma od niej odwrotu. Wydaje się więc, że są ludzie, którym na istnieniu bądź nieistnieniu Kosowa zależy dużo bardziej, niż samym Albańczykom. Albańczycy, niezależnie od statusu międzynarodowego, poradzą sobie. Radzą sobie przecież nie od dziś. To naprawdę przemili i otwarci ludzie. I to chyba najważniejsza refleksja po powrocie z Kosowa.
wtorek, 8 czerwca 2010
Serhij Żadan
Jakoś się nie mieszczę w sobie.
Gdy człowiek odzyskuje odwagę, ma ochotę na siebie. Żeby jakoś tak uciec od tego gównianego cudzego. I mieć trochę "Ja".
Chce mi się uciekać. W "Dziwne dzielnice z księżycem." Gdzieś, gdzie niezdecydowanie, lęk, błądzenie i cierpienie będzie dopuszczalne. Będzie normalne. Po prostu będzie. Takie miejsce jest wszędzie. Pytanie tylko, czy mamy do niego klucz. Ja nie miałem. Ale znalazłem. Skrył się jebany gdzieś głęboko. Więc go przekręcam w zamku, drzwi cicho trzeszczą, zamykam je za sobą i... puffff... Jest pięknie.
A na koniec zostawię Was z Żadanem. Cudownie oddaje mój nastrój:
Za Serhijem Żadanem:
„Życie jest, jak rakieta kosmiczna i jeśli wlazłeś do niej, to siedź i niczego nie ruszaj. Po prostu bądź gotów na to, że życie twoje ostro się zmieni. W każdym razie dzieci nie będziesz miał. No i w ogóle – normalnego seksu też nie. Z tym musisz się liczyć od początku: albo seks, albo kosmos, i tu naprawdę jest z czego wybierać, dlatego że naprawdę żadne dymanie, niech tam nawet najbardziej odjechane dymanie na świecie, nie jest warte tego ogromnego i pięknego, co otwiera się przed tobą w iluminatorze twojej blaszanej rakiety, niektóre krajobrazy w tym życiu, niektóre landszafty warte są tego, żeby zapłacić za nie tym najdroższym, co masz, czyli erekcją, ale żeby to zrozumieć, trzeba być co najmniej kosmonautą, no, w ostateczności – aniołem, co w warunkach rozpadu kapitału – jeden chuj.”
Gdy człowiek odzyskuje odwagę, ma ochotę na siebie. Żeby jakoś tak uciec od tego gównianego cudzego. I mieć trochę "Ja".
Chce mi się uciekać. W "Dziwne dzielnice z księżycem." Gdzieś, gdzie niezdecydowanie, lęk, błądzenie i cierpienie będzie dopuszczalne. Będzie normalne. Po prostu będzie. Takie miejsce jest wszędzie. Pytanie tylko, czy mamy do niego klucz. Ja nie miałem. Ale znalazłem. Skrył się jebany gdzieś głęboko. Więc go przekręcam w zamku, drzwi cicho trzeszczą, zamykam je za sobą i... puffff... Jest pięknie.
A na koniec zostawię Was z Żadanem. Cudownie oddaje mój nastrój:
Za Serhijem Żadanem:
„Życie jest, jak rakieta kosmiczna i jeśli wlazłeś do niej, to siedź i niczego nie ruszaj. Po prostu bądź gotów na to, że życie twoje ostro się zmieni. W każdym razie dzieci nie będziesz miał. No i w ogóle – normalnego seksu też nie. Z tym musisz się liczyć od początku: albo seks, albo kosmos, i tu naprawdę jest z czego wybierać, dlatego że naprawdę żadne dymanie, niech tam nawet najbardziej odjechane dymanie na świecie, nie jest warte tego ogromnego i pięknego, co otwiera się przed tobą w iluminatorze twojej blaszanej rakiety, niektóre krajobrazy w tym życiu, niektóre landszafty warte są tego, żeby zapłacić za nie tym najdroższym, co masz, czyli erekcją, ale żeby to zrozumieć, trzeba być co najmniej kosmonautą, no, w ostateczności – aniołem, co w warunkach rozpadu kapitału – jeden chuj.”
poniedziałek, 10 maja 2010
Mrówka
Historia zaczęła się w sklepie z książkami. Takim dużym, takim jakie lubimy za ich zapach zadrukowanego papieru i za to, że można w nich spędzić długie godziny, a potem wyjść na ulicę i stwierdzić: "o jest już ciemno..." Tam właśnie, mój własny osobisty brat, z zamiłowania iberofil, kupił zbiór felietonów Arturo Pereza-Reverte.
Perez Reverte urodził się w 1951 roku w Kartagenie. To zresztą też ciekawe. Bo to podobno śliczne miasto. Byłem w Hiszpanii 4 razy. Za każdym razem bardzo blisko Kartageny i nigdy jej nie odwiedziłem. I ten właśnie Perez-Reverte z nieodwiedzonej przeze mnie Kartageny przez lat 21 (od 1973 do 1994 roku) pełnił zgodnie z powołaniem rolę reportera wojennego. Taki prawdziwy dziennikarz z jajami. Taki trochę Waldemar Milewicz, tylko iberyjski. Potem się nieco zeszmacił, zaczął angażować się w strasznie chujowy reality-show. Zresztą sam tego żałował. Ale nie o to. Od 1991 roku do dziś prowadzi rubrykę felietonów w 'XL Semanal' - dodatku do ponad 20 hiszpańskich języków. Ma około 4 milionów czytelników. Dziś to jemu chciałem oddać głos, bo jego 'Piosenka Bożonarodzeniowa' zachwyciła mnie. Niesamowite pióro.
"Może znacie już państwo tę historyjkę albo obiła się wam ona o uszy. Była sobie mrówka, która harowała, jak jasna cholera. Taszczyła do swojego mrowiska ziarenka pszenicy i co tam jej jeszcze wpadło w ręce, cała była spocona, jak mysz, bo był sierpień i było diabelsko gorąco. Otóż chodziła wte i we wte, z tą poważną i zdyscyplinowaną metodycznością, jaka cechuje mrówki gromadzące zapasy na zimę. Była tak bardzo zajęta, że nawet nie spojrzała na pięknego mrówka, który usiłował ją poderwać. „Witaj, morwowa królewno - mówił do niej szarmancko, ocierając się, o nią czułkami - szczęściarzem będzie ten, co rozłoży ci na raz wszystkie sześć nóżek". A ona, taszcząc ziarenko pszenicy albo też liść pietruszki, udawała, że nic nie rozumie i robiła swoje raz-dwa, raz-dwa, ogarnięta obsesją zapełnienia spiżarni, bo później przychodzi zima i dzieje się to, co się dzieje.
Mrówka codziennie przechodziła obok szarańczy bezczelnej jak sto diabłów - baba leżała sobie martwym bykiem w cieniu krzaka rozmarynu i podśpiewywała piosenki Julio Iglesiasa i różne takie, akompaniując sobie na gitarze. „Kto ci uleczy złamane serce" - śpiewała łajdaczka, naigrywając sie z biednej mrówki, kiedy ta pojawiała się w pobliżu. Czasem, gdy szarańcza wypaliła sobie skręta i wpadała w świetny nastrój zaczynała wyzywać mrówkę. „Cześć, stachanówo! - wolała za nią. - Co, nie przystaniesz nawet na chwilę?" I konała ze śmiechu. Albo żeby jeszcze bardziej ją wkurzyć, mówiła, leżąc cała spocona, w cieniu, że mrówka haruje jak wół. „Trzeba mieć nierówno pod sufitem, żeby łazić w tę i nazad, taszcząc pszenicę w ta¬kim upale, ty głupia cipo".
Mrówka rzecz jasna dostawała szału. Czasem zatrzymywała się i wygrażała pięścią szarańczy. „Spadaj i idź się jebać" - mówiła. A szarańcza odpowiadała: „A wiesz, że może pójdę, skoro ty nie masz czasu". Niekiedy mrówka omijała ją łukiem, zgrzytając zębami czy co tam mrówki mają w gębie. Jeszcze przyjdzie zima - mamrotała pod nosem, zgarbiona pod ciężarem zapasów: - Jeszcze przyjdzie zima, dziwko, i wtedy będziesz się miała z pyszna. Śpiewaj sobie, śpiewaj. Bo ten, co w sierpniu śpiewa i leniuchuje, w grudniu głodny i choruje". Ale szarańcza zaśmiewała się do łez.
W końcu przyszła zima i jak należało się spodziewać, spadło śniegu od groma. Mrówka zacierała ręce w swoim cieplutkim mrowisku, przy grzejniku, i syciła oczy widokiem pełnej spiżarni. I myślała: teraz przyjdzie ta głupia cipa i będzie błagać o ciepły kąt, ledwo żywa z głodu i zimna. Teraz przyjdzie i będzie robiła wszystko, żeby wzbudzić współczucie. Ale to się jej nie uda. Dostanie za swoje. Odbije się od moich drzwi, jak pragnę zdrowia.
I kiedy tak mrówka siedziała sobie w trampkach i szlafroku przed telewizorem, oglądając talk-show Tómbola, zadzwonił dzwonek u drzwi. I mrówka wstaje powoli, rozkoszując się swym tryumfem. Przyszła ta bezwstydnica, myśli. Zesztywniała z głodu i zimna. Ciekawe, czy teraz też chce jej się śpiewać. Mrówka otwiera drzwi i gębę otwiera ze zdumienia - na pro¬gu stoi szarańcza ubrana w zajebiste futro z norek, a na ulicy czeka na nią rolls royce.
- Przyjechałam się pożegnać - oznajmia szarańcza. – Bo kiedy ty ciężko pracowałaś, ja poderwałam jednego świerszcza z Partii Ludowej, który śpi na forsie. Ale naprawdę śpi, stara.
- No, dobra, daj już spokój - mówi osłupiała mrówka
- Przysięgam. I Manolo (bo świerszcz nazywa się Manolo i jest boski) sponsoruje mnie i wynajmuje dla mnie odlotowe mieszkanie, stara. A teraz jadę do Londynu nagrać płytę.
- Nie pierdol
- Serio. A potem Manolo zabiera mnie w rejs Morzu Śródziemnym, sama rozumiesz: Włochy, Turcja, Grecja… Od czasu do czasu będę ci wysyłać widokówki. No, to cześć. - Szarańcza podnosi norkowy kołnierz i odjeżdża Rolls Roycem, a mrówka zostaje z rozdziawioną gębą w drzwiach. Powoli je zamyka i zamyślona wraca do grzejnika i telewizji. Siada sobie i patrzy na spiżarnię, a potem znowu na drzwi. I przypomina sobie tego mrówka, który w końcu poderwał inną mrówkę, jej przyjaciółkę, taką tam jedną Matyldę. Cholera, myśli, zapomniałam, powiedzieć szarańczy, że skoro już jedzie do Grecji, to niech zapyta, czy jeszcze mieszka tam ten Ezop. Starszy człowiek, pisarz. A jeśli go spotka, niech mu powie, żeby się pocałował w dupę."
Perez Reverte urodził się w 1951 roku w Kartagenie. To zresztą też ciekawe. Bo to podobno śliczne miasto. Byłem w Hiszpanii 4 razy. Za każdym razem bardzo blisko Kartageny i nigdy jej nie odwiedziłem. I ten właśnie Perez-Reverte z nieodwiedzonej przeze mnie Kartageny przez lat 21 (od 1973 do 1994 roku) pełnił zgodnie z powołaniem rolę reportera wojennego. Taki prawdziwy dziennikarz z jajami. Taki trochę Waldemar Milewicz, tylko iberyjski. Potem się nieco zeszmacił, zaczął angażować się w strasznie chujowy reality-show. Zresztą sam tego żałował. Ale nie o to. Od 1991 roku do dziś prowadzi rubrykę felietonów w 'XL Semanal' - dodatku do ponad 20 hiszpańskich języków. Ma około 4 milionów czytelników. Dziś to jemu chciałem oddać głos, bo jego 'Piosenka Bożonarodzeniowa' zachwyciła mnie. Niesamowite pióro.
"Może znacie już państwo tę historyjkę albo obiła się wam ona o uszy. Była sobie mrówka, która harowała, jak jasna cholera. Taszczyła do swojego mrowiska ziarenka pszenicy i co tam jej jeszcze wpadło w ręce, cała była spocona, jak mysz, bo był sierpień i było diabelsko gorąco. Otóż chodziła wte i we wte, z tą poważną i zdyscyplinowaną metodycznością, jaka cechuje mrówki gromadzące zapasy na zimę. Była tak bardzo zajęta, że nawet nie spojrzała na pięknego mrówka, który usiłował ją poderwać. „Witaj, morwowa królewno - mówił do niej szarmancko, ocierając się, o nią czułkami - szczęściarzem będzie ten, co rozłoży ci na raz wszystkie sześć nóżek". A ona, taszcząc ziarenko pszenicy albo też liść pietruszki, udawała, że nic nie rozumie i robiła swoje raz-dwa, raz-dwa, ogarnięta obsesją zapełnienia spiżarni, bo później przychodzi zima i dzieje się to, co się dzieje.
Mrówka codziennie przechodziła obok szarańczy bezczelnej jak sto diabłów - baba leżała sobie martwym bykiem w cieniu krzaka rozmarynu i podśpiewywała piosenki Julio Iglesiasa i różne takie, akompaniując sobie na gitarze. „Kto ci uleczy złamane serce" - śpiewała łajdaczka, naigrywając sie z biednej mrówki, kiedy ta pojawiała się w pobliżu. Czasem, gdy szarańcza wypaliła sobie skręta i wpadała w świetny nastrój zaczynała wyzywać mrówkę. „Cześć, stachanówo! - wolała za nią. - Co, nie przystaniesz nawet na chwilę?" I konała ze śmiechu. Albo żeby jeszcze bardziej ją wkurzyć, mówiła, leżąc cała spocona, w cieniu, że mrówka haruje jak wół. „Trzeba mieć nierówno pod sufitem, żeby łazić w tę i nazad, taszcząc pszenicę w ta¬kim upale, ty głupia cipo".
Mrówka rzecz jasna dostawała szału. Czasem zatrzymywała się i wygrażała pięścią szarańczy. „Spadaj i idź się jebać" - mówiła. A szarańcza odpowiadała: „A wiesz, że może pójdę, skoro ty nie masz czasu". Niekiedy mrówka omijała ją łukiem, zgrzytając zębami czy co tam mrówki mają w gębie. Jeszcze przyjdzie zima - mamrotała pod nosem, zgarbiona pod ciężarem zapasów: - Jeszcze przyjdzie zima, dziwko, i wtedy będziesz się miała z pyszna. Śpiewaj sobie, śpiewaj. Bo ten, co w sierpniu śpiewa i leniuchuje, w grudniu głodny i choruje". Ale szarańcza zaśmiewała się do łez.
W końcu przyszła zima i jak należało się spodziewać, spadło śniegu od groma. Mrówka zacierała ręce w swoim cieplutkim mrowisku, przy grzejniku, i syciła oczy widokiem pełnej spiżarni. I myślała: teraz przyjdzie ta głupia cipa i będzie błagać o ciepły kąt, ledwo żywa z głodu i zimna. Teraz przyjdzie i będzie robiła wszystko, żeby wzbudzić współczucie. Ale to się jej nie uda. Dostanie za swoje. Odbije się od moich drzwi, jak pragnę zdrowia.
I kiedy tak mrówka siedziała sobie w trampkach i szlafroku przed telewizorem, oglądając talk-show Tómbola, zadzwonił dzwonek u drzwi. I mrówka wstaje powoli, rozkoszując się swym tryumfem. Przyszła ta bezwstydnica, myśli. Zesztywniała z głodu i zimna. Ciekawe, czy teraz też chce jej się śpiewać. Mrówka otwiera drzwi i gębę otwiera ze zdumienia - na pro¬gu stoi szarańcza ubrana w zajebiste futro z norek, a na ulicy czeka na nią rolls royce.
- Przyjechałam się pożegnać - oznajmia szarańcza. – Bo kiedy ty ciężko pracowałaś, ja poderwałam jednego świerszcza z Partii Ludowej, który śpi na forsie. Ale naprawdę śpi, stara.
- No, dobra, daj już spokój - mówi osłupiała mrówka
- Przysięgam. I Manolo (bo świerszcz nazywa się Manolo i jest boski) sponsoruje mnie i wynajmuje dla mnie odlotowe mieszkanie, stara. A teraz jadę do Londynu nagrać płytę.
- Nie pierdol
- Serio. A potem Manolo zabiera mnie w rejs Morzu Śródziemnym, sama rozumiesz: Włochy, Turcja, Grecja… Od czasu do czasu będę ci wysyłać widokówki. No, to cześć. - Szarańcza podnosi norkowy kołnierz i odjeżdża Rolls Roycem, a mrówka zostaje z rozdziawioną gębą w drzwiach. Powoli je zamyka i zamyślona wraca do grzejnika i telewizji. Siada sobie i patrzy na spiżarnię, a potem znowu na drzwi. I przypomina sobie tego mrówka, który w końcu poderwał inną mrówkę, jej przyjaciółkę, taką tam jedną Matyldę. Cholera, myśli, zapomniałam, powiedzieć szarańczy, że skoro już jedzie do Grecji, to niech zapyta, czy jeszcze mieszka tam ten Ezop. Starszy człowiek, pisarz. A jeśli go spotka, niech mu powie, żeby się pocałował w dupę."
niedziela, 2 maja 2010
Lwów
Lwów to nie tylko sentymentalne powroty, przepiękne kamienice, ulice skąpane w letnim słońcu pełne artystów przeróżnej maści. Lwów to też zasrane blokowiska, nędza ziejąca z budynków na wskroś, smród życia pchanego wiecznie przed siebie. Byle jeszcze kilka kroków, byle do jutra, byle jakoś się żyło. Przedmieścia Lwowa to czysty obraz bylejakości. W Parku Stryjskim całujące się pary, sikający żule, matki z dziećmi i staruszki śpiące na ławce. Lwowski Rynek zaś potrafi człowieka urzec. Ma się wrażenie, że to miejsce żyje tylko i wyłącznie swoim życiem. Że odległe krainy, inne światy nie istnieją. W ogóle się nie liczą. Można się zatracić w tym spokoju. Chłonąć wydarzenia, których Lwów był świadkiem, których świadkiem wciąż się staje. A babcie niezmiennie od lat sprzedają przepyszne, ociekające tłuszczem pirożki. Słychać dźwięki z dna duszy niewidomego grajka. Na innej ścianie siedzi zapuszczony facet na wózku. Włosy ma tak brudne, że przypominają dredy, poczochrana broda, dzień w dzień w rękawiczkach bez palców, choć jest nieludzko upalnie. Przebiera bez żadnych emocji palcami po flecie. Nie rusza się z miejsca, siedzi w wózku całe dnie. Przywykł do tego miejsca, przyrósł do niego. Czasem tylko rozciera w tych swoich rękawiczkach leżące na wózku kikuty.
Ale miasto to nie tylko mury. Miasto to przede wszystkim ludzie. To do ludzi zawsze mnie ciągnie, a nie do murów. Ci we Lwowie byli niezwykle pogodni, otwarci. Podchodzili nieproszeni, by zagadać, gdy tylko widzieli alfabet łaciński na książce. Snuli historię po polsku o tym, jak było tu kiedyś. Jak wiele się zmienia. I o tym, że najważniejsze pozostaje niezmienne. Na pytanie, jak to się dzieje, że tak dobrze mówią po polsku patrzyli z niedowierzaniem i odpowiadali, jakby to była oczywistość: „Przecież mieszkam tu od zawsze.”
Zaczepił mnie mężczyzna około 40 lat. Pachniał papierosami i zajeżdżał alkoholem. Niewiele pytał, po prostu zaczął mnie oprowadzać. Mówił do mnie po polsku. Z wielką łatwością. Zaciągnął mnie we wszystkie ważne miejsca, które turysta powinien zobaczyć. Katedry, pomniki, pamiątki, miejsca, gdzie wielkiej historii można wręcz dotknąć. Nie powiem, to ciekawe. Tramwajem numer jeden można przejechać trasę niezmienną od, bez mała, stu lat. Ale miasto to nie mury. Miasto to przede wszystkim ludzie. Spytałem mojego przewodnika o ludzi, a on zaprowadził mnie w wąską uliczkę. Tam pod jednym z niezliczonych kościołów w tym mieście stał o kulach starzec. Był drobniutki, włosy miał rzadkie i siwe. Pomyślałem, że taki kolor musi mieć biały kruk, jeśli istnieje. Broda nierówna i poszarpana. Od czasu do czasu zatrzymywali się koło niego ludzie i częstowali go fajkami. Był brudny. Umorusany od stóp do głów i ciągle się uśmiechał. A uśmiech miał zniewalający. Rozświetlał tym uśmiechem swój orli nos. Był to naprawdę szelmowski wyraz twarzy. Kurzył fajkę za fajką, chował się w cieniu i uśmiechał. Mój przewodnik spojrzał na mnie i powiedział mi, że starzec jest polskim lotnikiem, który walczył jeszcze w drugiej wojnie światowej. Niestety o bohaterach obecne czasy lubią zapominać. I o nim także zapomniały. Tylko nieliczni, którzy wiedzieli, jaka jest jego historia, codziennie częstowali go fajkami. Na szyi wisiał mój aparat. Wystarczyło wyciągnąć i nacisnąć spust. Światło było przecież doskonałe, a on krył się w półcieniu. Nie chciałem kraść tego obrazu. Coś mnie przed tym wstrzymywało. Może to, że gdybym zrobił wtedy to zdjęcie, nie miałbym teraz przed oczami jego uśmiechu.
Ale miasto to nie tylko mury. Miasto to przede wszystkim ludzie. To do ludzi zawsze mnie ciągnie, a nie do murów. Ci we Lwowie byli niezwykle pogodni, otwarci. Podchodzili nieproszeni, by zagadać, gdy tylko widzieli alfabet łaciński na książce. Snuli historię po polsku o tym, jak było tu kiedyś. Jak wiele się zmienia. I o tym, że najważniejsze pozostaje niezmienne. Na pytanie, jak to się dzieje, że tak dobrze mówią po polsku patrzyli z niedowierzaniem i odpowiadali, jakby to była oczywistość: „Przecież mieszkam tu od zawsze.”
Zaczepił mnie mężczyzna około 40 lat. Pachniał papierosami i zajeżdżał alkoholem. Niewiele pytał, po prostu zaczął mnie oprowadzać. Mówił do mnie po polsku. Z wielką łatwością. Zaciągnął mnie we wszystkie ważne miejsca, które turysta powinien zobaczyć. Katedry, pomniki, pamiątki, miejsca, gdzie wielkiej historii można wręcz dotknąć. Nie powiem, to ciekawe. Tramwajem numer jeden można przejechać trasę niezmienną od, bez mała, stu lat. Ale miasto to nie mury. Miasto to przede wszystkim ludzie. Spytałem mojego przewodnika o ludzi, a on zaprowadził mnie w wąską uliczkę. Tam pod jednym z niezliczonych kościołów w tym mieście stał o kulach starzec. Był drobniutki, włosy miał rzadkie i siwe. Pomyślałem, że taki kolor musi mieć biały kruk, jeśli istnieje. Broda nierówna i poszarpana. Od czasu do czasu zatrzymywali się koło niego ludzie i częstowali go fajkami. Był brudny. Umorusany od stóp do głów i ciągle się uśmiechał. A uśmiech miał zniewalający. Rozświetlał tym uśmiechem swój orli nos. Był to naprawdę szelmowski wyraz twarzy. Kurzył fajkę za fajką, chował się w cieniu i uśmiechał. Mój przewodnik spojrzał na mnie i powiedział mi, że starzec jest polskim lotnikiem, który walczył jeszcze w drugiej wojnie światowej. Niestety o bohaterach obecne czasy lubią zapominać. I o nim także zapomniały. Tylko nieliczni, którzy wiedzieli, jaka jest jego historia, codziennie częstowali go fajkami. Na szyi wisiał mój aparat. Wystarczyło wyciągnąć i nacisnąć spust. Światło było przecież doskonałe, a on krył się w półcieniu. Nie chciałem kraść tego obrazu. Coś mnie przed tym wstrzymywało. Może to, że gdybym zrobił wtedy to zdjęcie, nie miałbym teraz przed oczami jego uśmiechu.
poniedziałek, 26 kwietnia 2010
Mile Plakalovic
Ten tekst nie powstał dziś. Ale wart po dzisiejszym dniu jest przypomnienia:
To słowa Dawida Warszawskiego z książki Svetlany Broz "Dobrzy Ludzie w czasach zła".
"Ci, którzy na wojnę w Bośni patrzyli z oddali, widzieli w niej coś na kształt pożaru prerii, niepowstrzymanie idącego przez kraj. Gdy patrzeć z bliska, widać jednak, że pożaru prerii zrazu nie było. Były tysiące małych podpaleń, rozpaczliwie gaszonych przez lokalnych strażaków. Gdyby nie to, że strażacy mieli jedynie dziurawe wiadra, piromani zaś miotacze ognia, pożar zapewne udałoby się ugasić. Od dymu pożarów wielu uległo zaczadzeniu. Wielu - ale nie wszyscy. A nawet wśród tych, którym czad nienawiści zrazu zmącił rozum i serce, nie wszyscy wytrwali w swym obłędzie do końca i bez wyjątków. Wreszcie bardzo niewielu strażaków dało się nawrócić, prośbą, groźbą czy pod wpływem własnego cierpienia, na wiarę piromanów. W książce Broz słyszymy właśnie ich głosy."
Niesłychana jest książka Svetlany Broz. Relacje z wojny na Bałkanach to tylko starorzecze. Podczas, gdy prawdziwe wydarzenia to rwąca, roztokowa i dzika rzeka. Możemy spróbować mieć o nich pojęcie. Pokusić się o parę uogólnień. Ale czerń atramentu nie pokaże jak smakuje ziemia w czasie nalotu. Jak pachnie strach w bydlęcych wagonach. Siedzimy w ciepłych domach, w przerwie między swoimi ważnymi sprawami przeczytamy dwa rozdziały i pomyślimy: „Ależ ta wojna straszna.” Czasem nawet łzy się pojawią. Nieśmiało, nieco zawstydzenie.
Dla nas ten tygiel jest nie do ogarnięcia. Nie do pojęcia. Bagaż długich lat wzajemnych uprzedzeń, stereotypów. Ale także często symbioza, szacunek, zrozumienie. Bo to narody walczyły, a ludzie jak wszędzie, potrafili być podli, potrafili być też szlachetni. Takie wydarzenia przestrzegają przed uogólnianiem. Przed nadawaniem cech narodom.
Svetlana Broz przez wiele lat jeździła po Bałkanach i słuchała ludzi. Nagrywała ich. Szukała relacji pozytywnych. Takich, które mimo morza bólu, krystalizowały krople ludzkiej godności, szlachetności. Ludzkiej walki z upodleniem. Nawet za najwyższą cenę. To książka niebywale istotna. Wracają do mnie stare słowa: „Człowiek może być dobry, ale ludzie zawsze są źli.” I czytam przepiękną ripostę. To słowa Iliji Czovica: „Dziś nie żałuję, że wszystko to przeżyłem, bo gdybym w tym czasie mieszkał za granicą, nigdy bym nie uwierzył, że coś takiego mogło nas spotkać i było tyle zła. Gdyby jednak wszyscy byli źli, Słońce też przestałoby już świecić.”
My w Europie mamy swych idoli. Celebrytów. Jesteśmy gotowi zrobić wiele, by móc ujrzeć ich rozebranych, pokłóconych, szczęśliwych, z dziećmi, z psem. Jesteśmy nieco zazdrośni, lubimy żyć ich życiem, podczas, gdy nie ma w nich krzty bohaterstwa. „Dobrzy ludzie w czasach zła” są idealnie wyważeni. Jest dokładnie tyle samo relacji Serbów, Chorwatów i Muzułmanów. W wielu pojawia się jedno nazwisko: Mile Plakalovic.
Jestem ciekaw ilu Europejczyków o nim słyszało. W czasach największego kryzysu, walk partyzanckich, walk oblężniczych, zbrodni, gwałtów, zatrzymań, podpaleń Mile Plakalovic był taksówkarzem. Jeździł całe dnie po Sarajewie i zbierał z ulicy rannych. Zawoził ich do szpitala. W międzyczasie zawoził ludziom, mąkę, cukier, słodycze. Ludziom przypadkowo spotkanym. Nieznanym. Nigdy nie pytał ich o nazwisko, nigdy nie pytał o narodowość. W kilku relacjach pojawia się ta osoba. Niektórzy mówią o nim „Słynny Mile”. Słyszało o nim wielu, choć nie tak wielu zapewne pomógł bezpośrednio. Chyba gdy ludzka godność jest już do cna podeptana, wtedy w jednostkach budzi się nadludzka bezinteresowność. Niepohamowana skłonność do poświęceń. Mile nigdy nie marzył o wspanialszej nagrodzie, niż radość i szczęście osób, dla których ryzykował życie.
Za Haszimem Bajicem:
„Na Nowy Rok przyszedł do nas do domu ze swoim przyjacielem i przyniósł prezenty dla dzieci. To były pierwsze prezenty, jakie dostały w życiu.
Trzy lata po wojnie zdjęcia Mila stoją na naszym stole. Jego wizyta jest dla nas wszystkich świętem. Także dziś”
I zbytecznym jest dodać, że Mile to Serb. Haszim jest Muzułmaninem. Najważniejsze, że obaj są Ludźmi. W przeciwieństwie do celebrytów, Mile jest prawdziwy.
To słowa Dawida Warszawskiego z książki Svetlany Broz "Dobrzy Ludzie w czasach zła".
"Ci, którzy na wojnę w Bośni patrzyli z oddali, widzieli w niej coś na kształt pożaru prerii, niepowstrzymanie idącego przez kraj. Gdy patrzeć z bliska, widać jednak, że pożaru prerii zrazu nie było. Były tysiące małych podpaleń, rozpaczliwie gaszonych przez lokalnych strażaków. Gdyby nie to, że strażacy mieli jedynie dziurawe wiadra, piromani zaś miotacze ognia, pożar zapewne udałoby się ugasić. Od dymu pożarów wielu uległo zaczadzeniu. Wielu - ale nie wszyscy. A nawet wśród tych, którym czad nienawiści zrazu zmącił rozum i serce, nie wszyscy wytrwali w swym obłędzie do końca i bez wyjątków. Wreszcie bardzo niewielu strażaków dało się nawrócić, prośbą, groźbą czy pod wpływem własnego cierpienia, na wiarę piromanów. W książce Broz słyszymy właśnie ich głosy."
Niesłychana jest książka Svetlany Broz. Relacje z wojny na Bałkanach to tylko starorzecze. Podczas, gdy prawdziwe wydarzenia to rwąca, roztokowa i dzika rzeka. Możemy spróbować mieć o nich pojęcie. Pokusić się o parę uogólnień. Ale czerń atramentu nie pokaże jak smakuje ziemia w czasie nalotu. Jak pachnie strach w bydlęcych wagonach. Siedzimy w ciepłych domach, w przerwie między swoimi ważnymi sprawami przeczytamy dwa rozdziały i pomyślimy: „Ależ ta wojna straszna.” Czasem nawet łzy się pojawią. Nieśmiało, nieco zawstydzenie.
Dla nas ten tygiel jest nie do ogarnięcia. Nie do pojęcia. Bagaż długich lat wzajemnych uprzedzeń, stereotypów. Ale także często symbioza, szacunek, zrozumienie. Bo to narody walczyły, a ludzie jak wszędzie, potrafili być podli, potrafili być też szlachetni. Takie wydarzenia przestrzegają przed uogólnianiem. Przed nadawaniem cech narodom.
Svetlana Broz przez wiele lat jeździła po Bałkanach i słuchała ludzi. Nagrywała ich. Szukała relacji pozytywnych. Takich, które mimo morza bólu, krystalizowały krople ludzkiej godności, szlachetności. Ludzkiej walki z upodleniem. Nawet za najwyższą cenę. To książka niebywale istotna. Wracają do mnie stare słowa: „Człowiek może być dobry, ale ludzie zawsze są źli.” I czytam przepiękną ripostę. To słowa Iliji Czovica: „Dziś nie żałuję, że wszystko to przeżyłem, bo gdybym w tym czasie mieszkał za granicą, nigdy bym nie uwierzył, że coś takiego mogło nas spotkać i było tyle zła. Gdyby jednak wszyscy byli źli, Słońce też przestałoby już świecić.”
My w Europie mamy swych idoli. Celebrytów. Jesteśmy gotowi zrobić wiele, by móc ujrzeć ich rozebranych, pokłóconych, szczęśliwych, z dziećmi, z psem. Jesteśmy nieco zazdrośni, lubimy żyć ich życiem, podczas, gdy nie ma w nich krzty bohaterstwa. „Dobrzy ludzie w czasach zła” są idealnie wyważeni. Jest dokładnie tyle samo relacji Serbów, Chorwatów i Muzułmanów. W wielu pojawia się jedno nazwisko: Mile Plakalovic.
Jestem ciekaw ilu Europejczyków o nim słyszało. W czasach największego kryzysu, walk partyzanckich, walk oblężniczych, zbrodni, gwałtów, zatrzymań, podpaleń Mile Plakalovic był taksówkarzem. Jeździł całe dnie po Sarajewie i zbierał z ulicy rannych. Zawoził ich do szpitala. W międzyczasie zawoził ludziom, mąkę, cukier, słodycze. Ludziom przypadkowo spotkanym. Nieznanym. Nigdy nie pytał ich o nazwisko, nigdy nie pytał o narodowość. W kilku relacjach pojawia się ta osoba. Niektórzy mówią o nim „Słynny Mile”. Słyszało o nim wielu, choć nie tak wielu zapewne pomógł bezpośrednio. Chyba gdy ludzka godność jest już do cna podeptana, wtedy w jednostkach budzi się nadludzka bezinteresowność. Niepohamowana skłonność do poświęceń. Mile nigdy nie marzył o wspanialszej nagrodzie, niż radość i szczęście osób, dla których ryzykował życie.
Za Haszimem Bajicem:
„Na Nowy Rok przyszedł do nas do domu ze swoim przyjacielem i przyniósł prezenty dla dzieci. To były pierwsze prezenty, jakie dostały w życiu.
Trzy lata po wojnie zdjęcia Mila stoją na naszym stole. Jego wizyta jest dla nas wszystkich świętem. Także dziś”
I zbytecznym jest dodać, że Mile to Serb. Haszim jest Muzułmaninem. Najważniejsze, że obaj są Ludźmi. W przeciwieństwie do celebrytów, Mile jest prawdziwy.
poniedziałek, 19 kwietnia 2010
Klimat
Tak się przypadkiem poskładało w życiu, że to moja ostatnia prosta, by stać się geografem. Widziałem już wiele kłótni, na temat zmian klimatycznych. Ludzi wszelakiej maści. Naukowców, pseudonaukowców, pasjonatów i ignorantów. I zawsze mnie fascynowało, jak to z tym klimatem jest. Naprawdę trudno dotrzeć do dobrych opracowań. Ale…
Co zastanawiające. Na początku XIX wieku odkryto rolę dwutlenku węgla w procesie fotosyntezy. Wtedy świat nauki przekonany był, że wie o tym gazie już niemal wszystko. Jednak w tym samym czasie pojawiło się pytanie, dlaczego Słońce nie jest w stanie rozgrzać Ziemi do czerwoności. Zaczął się nad tym zastanawiać matematyk, Jean Baptiste Fourier. Obliczył bilans energetyczny Ziemi i Słońca i wyszło, że Ziemia powinna być zupełnie zmrożona, z temperaturą średnią -15 stopni Celsjusza. Ale tak nie było. Czyli nie całe ciepło czmycha z naszej atmosfery. Część w jakiś sposób musi zostać zatrzymana.
Do tematu powrócono w Szwecji na początku XX wieku. Chemik Svante Arrhenius przekonywał swój naród, by w ramach ocieplenia chłodnego szwedzkiego klimatu zwiększał spalanie węgla. Większa ilość dwutlenku węgla w atmosferze miała przyczynić się do ocieplenia klimatu. Tym samym tematem nieco później zajął się klimatolog Michaił Budyko, który miał podobny pomysł, by pozbawić lodów Syberię.
Jednak temat gazów szklarniowych był w nauce zupełnie marginalny. W podręcznikach akademickich z lat siedemdziesiątych występował bardzo sporadycznie. Pierwszy pomiar dwutlenku węgla w powietrzu i wodzie oceanicznej przeprowadzono w 1958 roku (badania bezpośredniej zawartości dwutlenku węgla w atmosferze wykonywano od 1812 roku do połowy XX wieku, także przez wybitnych naukowców analitycznymi metodami, jednak Międzynarodowy Zespół do spraw Zmian Klimatu z tylko sobie znanych przyczyn postanowił te badania w swych raportach odrzucić) . I to pomiary od 1958 roku są dziś koronnym dowodem na winę człowieka w sprawie ocieplenia klimatu. Mimo, że jeszcze w 1970 roku cały świat naukowy wieścił nadejście epoki lodowej.
Obraz ocieplającej się planety wyłonił się z badań zawartości dwutlenku węgla w rdzeniach lodowych Antarktydy. Badania te potwierdziły, że klimat się ociepla. Jednak nie mówi się już zupełnie o stwierdzonym fakcie, że zawartość dwutlenku węgla w powietrzu pobranym z lodu jest od 30 do 50% mniejsza, niż rzeczywiście była w atmosferze. Tak więc rdzenie lodowe zupełnie nie nadają się do analizowania składu chemicznego atmosfery.
Jakie zaś są fakty. Od kilku ładnych lat temperatura na świecie nie rośnie, a raczej maleje. Jej maksimum przypadło na rok 1998. Przez ostatnie 10 lat roczny przyrost dwutlenku węgla ze spalania paliw kopalnych i procesów przemysłowych zwiększył się trzykrotnie. Zgodnie więc z hipotezą lansowaną przez IPCC – Międzynarodowy Zespół do spraw Zmian Klimatu – temperatura powinna się podnieść, a nie obniżyć.
W XX wieku całe ocieplenie klimatu wyniosło 0,74 stopnia Celsjusza. Jednak coraz to nowe doniesienia mówią nam o zimie w miejscach, gdzie do tej pory jej nie było.
Co ciekawe, modele komputerowe IPCC nie są zbyt zgodne z rzeczywistością. Są raczej projekcją poglądów ludzi, którym na ociepleniu klimatu zależy. Modele mówią, że efekt cieplarniany wywołany emisją dwutlenku węgla przez człowieka, spowoduje największe ocieplenie w rejonach polarnych. Szacuje się, że temperatura w tych rejonach może wzrosnąć nawet o 12 stopni Celsjusza. Badania temperatury w rejonach polarnych w latach 1930 – 1990 mówią o obniżeniu temperatury średnio o 2 stopnie Celsjusza.
Jednak w sprawach zmian klimatu najwięcej do powiedzenia mają najbogatsi. Najbogatsi, którzy przestali być już dominującymi emitorami dwutlenku węgla. Dzięki nowej technologii coraz bardziej emisje ograniczają. Państwa wciąż rozwijające się nie mogę sobie na zmniejszenie emisji pozwolić bez drastycznych cięć wydatków. A przecież rozchodzi się o handel emisjami. Lobby jednak jest tak silne, a w grę wchodzą tak wielkie pieniądze, że raczej trudno polityków i naukowców podejrzewać o zdrowy rozsądek i obiektywne działanie.
Wniosek jest prosty, z powodu zmiennych cyklów Słońca, lodowce topnieją. Jednak chyba przeceniamy się mówiąc, że jesteśmy tak istotną jednostką w łańcuchu przemian Ziemi, że wpływamy na nią tak drastycznie. Chodzi raczej o pieniądze, nie o prawdę.
Korzystałem z opracowań Zbigniewa Jaworowskiego i Adama Zubka.
Co zastanawiające. Na początku XIX wieku odkryto rolę dwutlenku węgla w procesie fotosyntezy. Wtedy świat nauki przekonany był, że wie o tym gazie już niemal wszystko. Jednak w tym samym czasie pojawiło się pytanie, dlaczego Słońce nie jest w stanie rozgrzać Ziemi do czerwoności. Zaczął się nad tym zastanawiać matematyk, Jean Baptiste Fourier. Obliczył bilans energetyczny Ziemi i Słońca i wyszło, że Ziemia powinna być zupełnie zmrożona, z temperaturą średnią -15 stopni Celsjusza. Ale tak nie było. Czyli nie całe ciepło czmycha z naszej atmosfery. Część w jakiś sposób musi zostać zatrzymana.
Do tematu powrócono w Szwecji na początku XX wieku. Chemik Svante Arrhenius przekonywał swój naród, by w ramach ocieplenia chłodnego szwedzkiego klimatu zwiększał spalanie węgla. Większa ilość dwutlenku węgla w atmosferze miała przyczynić się do ocieplenia klimatu. Tym samym tematem nieco później zajął się klimatolog Michaił Budyko, który miał podobny pomysł, by pozbawić lodów Syberię.
Jednak temat gazów szklarniowych był w nauce zupełnie marginalny. W podręcznikach akademickich z lat siedemdziesiątych występował bardzo sporadycznie. Pierwszy pomiar dwutlenku węgla w powietrzu i wodzie oceanicznej przeprowadzono w 1958 roku (badania bezpośredniej zawartości dwutlenku węgla w atmosferze wykonywano od 1812 roku do połowy XX wieku, także przez wybitnych naukowców analitycznymi metodami, jednak Międzynarodowy Zespół do spraw Zmian Klimatu z tylko sobie znanych przyczyn postanowił te badania w swych raportach odrzucić) . I to pomiary od 1958 roku są dziś koronnym dowodem na winę człowieka w sprawie ocieplenia klimatu. Mimo, że jeszcze w 1970 roku cały świat naukowy wieścił nadejście epoki lodowej.
Obraz ocieplającej się planety wyłonił się z badań zawartości dwutlenku węgla w rdzeniach lodowych Antarktydy. Badania te potwierdziły, że klimat się ociepla. Jednak nie mówi się już zupełnie o stwierdzonym fakcie, że zawartość dwutlenku węgla w powietrzu pobranym z lodu jest od 30 do 50% mniejsza, niż rzeczywiście była w atmosferze. Tak więc rdzenie lodowe zupełnie nie nadają się do analizowania składu chemicznego atmosfery.
Jakie zaś są fakty. Od kilku ładnych lat temperatura na świecie nie rośnie, a raczej maleje. Jej maksimum przypadło na rok 1998. Przez ostatnie 10 lat roczny przyrost dwutlenku węgla ze spalania paliw kopalnych i procesów przemysłowych zwiększył się trzykrotnie. Zgodnie więc z hipotezą lansowaną przez IPCC – Międzynarodowy Zespół do spraw Zmian Klimatu – temperatura powinna się podnieść, a nie obniżyć.
W XX wieku całe ocieplenie klimatu wyniosło 0,74 stopnia Celsjusza. Jednak coraz to nowe doniesienia mówią nam o zimie w miejscach, gdzie do tej pory jej nie było.
Co ciekawe, modele komputerowe IPCC nie są zbyt zgodne z rzeczywistością. Są raczej projekcją poglądów ludzi, którym na ociepleniu klimatu zależy. Modele mówią, że efekt cieplarniany wywołany emisją dwutlenku węgla przez człowieka, spowoduje największe ocieplenie w rejonach polarnych. Szacuje się, że temperatura w tych rejonach może wzrosnąć nawet o 12 stopni Celsjusza. Badania temperatury w rejonach polarnych w latach 1930 – 1990 mówią o obniżeniu temperatury średnio o 2 stopnie Celsjusza.
Jednak w sprawach zmian klimatu najwięcej do powiedzenia mają najbogatsi. Najbogatsi, którzy przestali być już dominującymi emitorami dwutlenku węgla. Dzięki nowej technologii coraz bardziej emisje ograniczają. Państwa wciąż rozwijające się nie mogę sobie na zmniejszenie emisji pozwolić bez drastycznych cięć wydatków. A przecież rozchodzi się o handel emisjami. Lobby jednak jest tak silne, a w grę wchodzą tak wielkie pieniądze, że raczej trudno polityków i naukowców podejrzewać o zdrowy rozsądek i obiektywne działanie.
Wniosek jest prosty, z powodu zmiennych cyklów Słońca, lodowce topnieją. Jednak chyba przeceniamy się mówiąc, że jesteśmy tak istotną jednostką w łańcuchu przemian Ziemi, że wpływamy na nią tak drastycznie. Chodzi raczej o pieniądze, nie o prawdę.
Korzystałem z opracowań Zbigniewa Jaworowskiego i Adama Zubka.
sobota, 17 kwietnia 2010
Popołudnia
Był mężczyzną, który bał się popołudni. Czasem trudno było wstać mu z łóżka. Ale jak spuścił już nogi, to świat go wciągał. Wsysał zwyczajnie. I jakieś zadania znajdował, które trzymały go w pionie. Po południu, gdy światło zaczynało mięknąć, ale dopiero zaczynało, jeszcze nie było miękkie, zapadał się w sobie. Wybuchała w nim jedna myśl. Inna za każdym razem. Choć czasem się powtarzały. I tak zaczynał rozmyślać o beznadziejności, choć przecież jego życie nie miało z nią nic wspólnego. Beznadziejność rozpinała mu bluzę, przymykała oczy, odchylała głowę. Zaczynała powoli masować skronie. Czuł ulgę. Odprężał się. I już był gotów. Już mógł pieścić swoją ulubioną emocję. Już mógł ubrać się w lęk. Zanurzyć się w nim. Poczuć kołatanie serca. Pot na czole. I nie tylko czole zresztą.
Tak, był mężczyzną, który bał się popołudni. I popołudniami zaczynał bać się wszystkiego. Niczego zewnętrznego. Niczego realnego. I przekuwał ten nierealny lęk na coś realnego. Na śmierć, chorobę, brak sensu, zagubienie. Musiał to nazwać. Musiał określić. Jak najszybciej. Musiał się okłamać, by móc bać się w spokoju, z czystym sumieniem. By czuć się usprawiedliwionym za lęk.
Nigdy mu nie przyszło do głowy, że ten lęk jest z jakiegoś powodu. Myślał, że ludzie skazani są na beznadziejne przypadki. On był beznadziejnym przypadkiem. Lubił się takim widzieć. Popołudniami.
Kiedyś, w autobusie zobaczył vlepkę. 3 rysunki układały się w historię. Na pierwszym szedł facet. Na drugim wsadził sobie głowę w dupę. Na trzecim został tylko dym i napis: „pufffff”. Pomyślał, że jego lęk jest jak dupa. Można się w nim zmieścić. Całym. Że ten strach jest schronieniem.
Pewnego popołudnia nie zapadł się w sobie. Napisał kilka słów. Dodały mu odwagi. Pomyślał, że może nigdy nie dojdzie, skąd jest w nim lęk. Ale że dociekanie tego, sprawia mu radość. Dodaje odwagi. Zaczął dociekać. I poczuł, jakby wyciągnął głowę z dupy… i pomyślał, że to jest dobre.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)