piątek, 23 grudnia 2011

Planeta Kaukaz

"Gdy Czeczen potrąci autem drugiego Czeczena, powinien szybko odszukać starców z jego klanu i opowiedzieć, co się stało. Jeżeli wypadek był nieumyślny, starcy mrukną: "Wola Allaha!", a potem rozejdą się, żeby przygotować pogrzeb. To wszystko.

Czeczen, który przyłapie swą żonę z kochankiem ma dwa wyjścia. Może oboje zabić albo obojgu wybaczyć. Gdy zabije tylko kochanka, staje się mordercą. Krewni zabitego będą go tropić, aby pomścić przelaną krew. Gdy nie znajdą, dopadną syna. Winę dziedziczy się, jak dom albo kindżał."

Wojciech Górecki, Planeta Kaukaz, Wydawnictwo Czarne - Wołowiec 2010.


Chcę na Wschód.

środa, 3 sierpnia 2011

Nieznajowa

Zawsze mnie urzekały nieco brudne książki. Ale nie jakieś perwersyjne. Tylko pełne życia. Takiego życia, co nie do końca ma ochotę rozpieszczać. Życia, które nie lubi, jak się z nim pieści. Więc ‘Opowieści Galicyjskie’ nie mogły mnie nie zaczarować. Zresztą ‘Wino Truskawkowe’ też. I zupełnie nieważne gdzie się w życiu jest. Ważne jest z kim. I Beskid Niski to zawsze był taki magiczny, nieco odległy miraż. Wiadomo było, że takie miejsce jest. Że jest tam jeszcze dość pierwotnie. I to sugerowało, że dzieją się tam niezwykłe rzeczy. No i się dzieją…

Jest coś pięknego w nazwie ‘Nieznajowa’. Jedzie się i jedzie na to południe i jakoś tak tej Nieznajowej nie widać. Jakby rzeczywiście chciała być mirażem. W mijanych w Beskidzie Niskim wioskach życie toczy się bardzo powoli. Bardzo spokojnie. Jedną z większych miejscowości jest Krempna. Ale większa nie oznacza wcale duża. Potem jest las. Znak, że na drodze mogą być Rysie. I bardzo niepozorna droga w bok. Koło drogi mieszka kierunkowskaz do nieistniejącej Nieznajowej.

Wzdłuż polnej drogi mieszkają od zawsze łemkowskie krzyże. Droga jest dziurawa, jak cholera. Jest dosłownie kilka zabudowań. Potem rzeka. To absolutny koniec jazdy. Przez rzekę trzeba przejść w bród – jak jest na tyle łaskawa, że na to pozwala.

Studencka chatka w Nieznajowej to niepozorny domek, za którym jest drewutnia. Leży u zbiegu Wisłoki i Zawoi. Te dwa potoki akurat potrafią być bardzo wzburzone. Czasem kradną prowizoryczny mostek i odcinają na krótki czas chatkę od świata. W chatce jest spora kuchnia. W jej rogu mieszka stary kamienny piec. Palenie w nim to mały rytuału. W kuchni wspólnie się żyje. I nie znaczy to absolutnie nic, ale wszyscy mieszkający akurat w chatce wiedzą doskonale, co robić z każdą darowaną w Nieznajowej minutą. Woda jest w studni przed domem. Za zakrętem rzeka robi się nieco głębsza – można tam wziąć prysznic. Żeby zrobić ogień, trzeba przynieść drewno (z szeroko pojętego skądkolwiek), pociąć je i porąbać. Potem wysuszyć i podpalić. Wszystko jest wynikiem pracy czyichś rąk. Nic nie bierze się znikąd. Przez to tak duże ma to znaczenie.

I gdy tak chodzę po tych okolicach, wszędzie patrzą na mnie łemkowskie krzyże, łemkowskie cmentarze, cerkwie i wysokie trawy. Co jakiś czas trzeba wejść do rzeki. Potaplać się w błocie. Przeciąć jakąś drogę. Idę i zupełnie nic się nie dzieje. I ten brak akcji po pierwszej chwili szoku staje się błogi. Na początku się wzbraniam, jakoś tak mi dziwnie. Ale po bardzo krótkiej chwili ten stan staje się bardzo potrzebny. Widzę, że polubiliśmy naszą ułomność kontaktów tylko przez klawiaturę. I że co z tego, że możesz zawsze, zewsząd napisać do kogoś parę słów i do niego zadzwonić. Co z tego, gdy prawdziwą radością jest wspólny spacer, piłowanie drewna, a na koniec dnia, wspólne piwo lub wino Bieszczady za 3,50zł.

Ludzie pod względem organizacji swoich światów często żyją tu niezmiennie od wielu lat. I wcale im to nie przeszkadza. Nie widać w nich z tego powodu poirytowania. Choć dla nich to zupełnie normalne. Nie ma o czym gadać. Po prostu codziennie staje się nowy dzień. Ot i wszystko.

Beskid Niski uczy prostoty, której brakuje w naszych codziennych życiach. Przecież muszą być tak do cna spektakularne. Które muszą wyssać z każdej chwili, co tylko ona daje. W których ciągle martwimy się, że jeszcze za mało nam się udało.

W Nieznajowej wszystko się może nie udać. I właśnie dlatego wszystko się udaje.

Zostawię Was z kilkoma zdjęciami. Zdjęć jest nieco ponad 4 minuty i wystarczy kliknąć tutaj.

środa, 27 lipca 2011

Nie

Spróbowałem. Nie wyszło. Nie chcę zapomnieć.

sobota, 9 lipca 2011

Czekam..

Wiesz, po prostu czekam, aż to przejdzie. Może nie czekam. Bo czekanie to stan destrukcyjny. Ale wierzę, że czas to jakoś ukoi. Że ten ciężar spod mostka z czasem stanie się mniejszy. I mniejszy, i mniejszy. Jakby go nigdy nie było. I jeszcze się będziemy z tego śmiali.

Wiesz,

to ja tu zostanę. W melancholii i mgle.

To ja spróbuję Cię zapomnieć. Dobrze?

wtorek, 21 czerwca 2011

Po pierwsze..

"Po pierwsze przyjaciele.

A poza tym:
Chcieć niezbyt wiele.
Wyzwolić się z kultu młodości.
Cieszyć się pięknem.
Nie dbać o sławę.
Wyzbyć się pożądliwości.
Nie mieć pretensji do świata.
Mierzyć siebie swoją własną miarą.
Zrozumieć swój świat.
Nie pouczać.
Iść na kompromisy ze sobą i światem.
Godzić się na miernotę życia.
Nie szukać szczęścia.
Nie wierzyć w sprawiedliwość świata.
Z zasady ufać ludziom.
Nie skarżyć się na życie.
Unikać rygoryzmu i fundamentalizmu."

prof. Leszek Kołakowski, "Niezbędnik Inteligenta", 18 września 2004.


Bo szczęście do ktoś do kochania i coś do zrobienia. Aż tyle.
I szczęście jest jeszcze, jak w skrzynce jest mejl, a w nim słowa od dawno
niewidzianego przyjaciela:

"i just remember your smile and desire to enjoy life when i met you!
life is turning a lot isnt it?"


Yes it is Francesc. Indeed.

poniedziałek, 13 czerwca 2011

Coraz bardziej jawa

"Moja zdolność wyrażania emocji skurczyła się do zestawu emotikonów. Na całą wmawianą mi komplikację świata mam jednoznaczne, proste reakcje: "lubię", "nie lubię". Dwa zdania do kupy jeszcze sklecę, ale jaki jest związek pierwszego z trzecim - trochę nad tym nie panuję. W ogóle ze skupieniem mam problem i ze zrozumieniem instrukcji obsługi - na szczęście wszystko jest teraz intuicyjne. Mam swoje sposoby na szybkie zdobywanie informacji, gorzej z ich przetwarzaniem i weryfikacją. Ciągle daję sobie wmawiać nowe potrzeby, kupować to, co wszyscy i mieć przy tym poczucie wyjątkowości. No bo skąd mam wiedzieć na czym polega wyjątkowość. Przecież nie czytam..."

Paweł Goźliński, Gazeta Wyborcza z 13 czerwca 2011 - wydawca Agora SA, strona 17.

To był straszny sen autora o nieczytaniu. Coraz częściej to kurewsko przerażająca jawa.

niedziela, 12 czerwca 2011

Czarnohora

Wszystko odmierzane było krokiem. Wszystkie czynności. Całe życie. Wystarczyło tylko iść. Pasły się konie, padał deszcz, przez przełęcze wędrowały chmury. Po prostu. Z ogromnym spokojem.

sobota, 11 czerwca 2011

Bo jechać to jest nic - najważniejsze jest to, co w nas zostaje.

Z Truskawca marszrutką jest rzut kamieniem do Drohobycza. Stary ford transit cudem jeszcze trzymał się w jednym kawałku. Gdy zajeżdżał na mały placyk w Truskawcu zostawił za sobą czarny kłąb dymu i smrodu. Kierowca był ogromny, twarz miał brudną i zmęczoną, choć ruszał się żwawo. Ledwo stanął zaczął palić i podkręcił w radiu ukraińskie disco do granic znośności. Zacząłem rozmawiać z nim po polsku. Najpierw zaczął krzyczeć, choć jego oczy nie były w najmniejszym stopniu gniewne. Powtarzał jakieś zdanie, w kółko, za każdym razem coraz głośniej. Przysuwał się przy tym coraz bliżej. Byłem przekonany, że zaraz albo mnie pierdolnie albo Bóg wie co jeszcze innego przyjdzie mu do głowy. On jednak otworzył drzwi szoferki i wpuścił mnie na siedzenie koło siebie. Cały samochód w trakcie drogi do Drohobycza wypełniał nieznośny zapach spoconego człowieka. Oprócz tego staruszki jadące na targ do Drohobycza miały przeróżnej maści produkty rolne, popakowane w bezbrzeżnych siatkach. Wymieszane zapachy tworzyły jeden dziki ferment ukraińskiej zwyczajności. Dla nich była to codzienność. Absolutnie nic nadzwyczajnego. Dla mnie, pośród tego dzikiego kramu, poczucie, że żyję z całych sił.

O Drohobyczu można by pisać wiele. W jego uliczkach można się zatracić. Spacerować w słońcu bez końca. Panuje powszedniość, opleciona delikatnie innością, podszyta tęsknotą, zakropiona szczęściem. Tak właśnie smakują drobne, obce miasta, które adoptują mnie na swojego obywatela. Rynek drohobycki jest bardzo schludny. Jednak to mała ojczyzna Brunona Schultza. Z jego słowem ciężko się zmierzyć:

„Rynek był pusty i żółty od żaru, wymieciony z kurzu gorącymi wiatrami, jak biblijna pustynia. Stare domy, polerowane wiatrami wielu dni, zabarwiały się refleksami wielkiej atmosfery, echami, wspomnieniami barw, rozproszonymi w głębi kolorowej pogody. Zdawało się, że całe generację dni letnich obtłukiwały kłamliwą glazurę, wydobywając z dnia na dzień wyraźniej prawdziwe oblicze domów, fizjonomię losów i życia, które formowało je od wewnątrz. Teraz okna oślepione blaskiem pustego placu, spały; balkony wyznawały niebu swą pustkę; otwarte sienie pachniały chłodem i winem.”

Wszedłem na krótki moment do drohobyckiej fary. W ręku miałem przewodnik napisany po polsku. Bez słowa podszedł do mnie kościelny, Stanisław Wieniarz. Zaczął snuć historie, przeróżne, przedziwne, tutejsze. O mieście, o kościele, o dzwonnicy i o Schultzu. Emanował spokojem, nic nie chciał, poza przekazaniem paru zdań historii. Jego oczy nie błyszczały pasją, miał wyraz twarzy człowieka spełniającego swój obowiązek. Gestykulował rzadko i nieznacznie, po polsku mówił świetnie. Na koniec chciał mi sprzedać obrazki Przenajświętszej Panienki. Mówił, że na kościół. Nie chciałem Panienki, bez słowa pożegnania odszedł urażony. Spokojny i leniwy w swym urażeniu.

Czasem

Czasem człowiek się spina. Spina się, jak cholera. I to nie jest dobre.
Bo życie to nie taka poważna sprawa, jak zwykło nam się wydawać.

W życiu trzeba żyć samym Życiem, a nie naszymi o nim wyobrażeniami.
Czasem te wyobrażenia zasłaniają dosłownie wszystko. Ot co.

środa, 18 maja 2011

'Pozwolić życiu mówić'

"Nie jest sztuką zbudować sobie dach nad głową.
Sztuką jest zbudować taki dach, który nie przesłoni nieba."

Diementij Filipow

piątek, 13 maja 2011

Chwile

Czasem przez dłuższą chwilę słowa nie przychodzą. Jest mnóstwo myśli, czasem ich brak. Spokój zupełny. Szczęścia dotknięcie. Chwile spełnienia. Ale słów nie ma. Nie ma jak o tym opowiedzieć. I może to właśnie znak, że te chwile są ważne.

Kiedy bez zakwitnie, deszczem będzie pachnieć, wiatr będzie wiał ciepły.

Jak słów nie ma, to są spotkania z ludźmi. W książkach. Dziś zostawię Was z dwoma mężczyznami:

"Nie na darmo wyprowadziłem się tutaj. To nie jest fiu-bździu, że sobie chciałem pokowboić w Bieszczadach, tylko potrzebowałem samotności, żeby nie być rozpraszanym. Prawdziwa wolność jest samotnością. Bez poglądów, bez niczego. Pustka. I definiujesz swoją samotność wobec świata, wobec śmierci."

To Andrzej Stasiuk, bo któż inny miałby to być?

"W życiu warto dążyć do momentów, w których ludzie mogą się na nowo zobaczyć."

Czyż nie? A to już Wiktor Osiatyński. I słów już starczy tego wieczoru. Już padły wszystkie.

sobota, 30 kwietnia 2011

PKB

No więc do czego dążymy w naszym nieustannym rozwoju? Do tego, żeby gospodarka galopowała. Żeby miejsc pracy nigdy nie brakło. Żebyśmy od świtu do zmierzchu mogli ciężko pracować, by nasze konta nie czuły się opuszczone przez gotówkę. Dążymy do tego, żeby było wygodnie. Żeby auta były z salonu, garaże na pilota, oświetlenie na fotokomórkę. Chcemy, żeby PKB per capita było najwyższe w regionie, na kontynencie, na świecie. I w czym problem?

Za Robertem Kennedy'm:

"PKB uwzględnia koszty systemów ochrony instalowanych w celu strzeżenia naszych domów oraz zabezpieczeń więzień, w których przetrzymujemy przestępców włamujących się do naszych mieszkań. Uwzględnia on programy telewizyjne, które gloryfikują przemoc, aby producenci mogli sprzedawać dzieciom swoje produkty.

Jednocześnie wskaźniki PKB nie odnotowują stanu zdrowia naszych dzieci, poziomu naszego wykształcenia ani radości, jaką czerpiemy z naszych zabaw. Nie mierzą piękna naszej poezji ani trwałości naszych małżeństw. Nie mówią nam nic na temat jakości naszych dyskusji politycznych ani prawości naszych polityków. Nie biorą pod uwagę naszej odwagi, mądrości i kultury. Wskaźniki PKB mierzą wszystko oprócz tego, co nadaje sens naszemu życiu."

Więc możemy dalej płacić krocie i szukać wszędzie sposobów, by oszczędzać czas, który ponoć jest pieniądzem i jest tak bardzo cenny. Możemy też zadać sobie pytanie, czy marnowanie czasu nie jest czymś, co pozwoli nam nie zwariować? Czy warto pracować tak ciężko, by zabrakło czasu na szczęście?

czwartek, 7 kwietnia 2011

Skazany na bluesa

Dziś mija rok od kiedy gitara zabiła Wojtka Szymańskiego.
Nigdy by się nie zgodził, byśmy gniewali się na życie za to,
co się stało. Brązowy Gibson SG i czerwony Marshall Valvestate
mieszkają teraz ze mną. I słuchamy razem wiatru.
Jest w nas szczęście. Bo szczęście to zgoda na wszystko.

Szczęście nie sprawia, że tęsknota znika…

sobota, 2 kwietnia 2011

Haj

Jest hałas i jest gwar. Czuć papierosowy dym i głębokie odetchnięcie po całym tygodniu pracy. Wszyscy są tu po to, by zapomnieć na chwilę, że są jakieś zmartienia. Stajesz stopień powyżej i przestajesz widzieć, bo niebiesko-czerwone lampy świecą Ci prosto w oczy. Wystarczą dwa pierwsze dźwięki i cały świat, wszystkie kontynenty i oceany, wszystkie miejsca, które znasz i kochasz, wszyscy ludzie, którzy żyją w Tobie... to wszystko jest centymetr przed Twoją twarzą. Zamykasz swój świat w mikrofonie. I wracasz na miejsce dopiero chwilę po ostatnim takcie. I ta podróż to najlepszy naturalny haj, jaki znasz...

czwartek, 17 marca 2011

Zapach

Twój zapach mieszka w moim domu. Pije ze mną rano kawę. Żegna mnie, gdy wychodzę. Wita, gdy wracam. Podgląda mnie, gdy kąpię się przy otwartych drzwiach. Nie narzeka, gdy się nie kąpię.

Twój zapach mieszka ze mną po cichu. Jest niemy. Pasujemy do siebie. Lubimy ze sobą mieszkać.

środa, 9 marca 2011

Pasja

Pasja to coś, co sprawia, że cały świat przestaje istnieć. I jej trzeba się trzymać. Choćby nie wiem co.

niedziela, 6 marca 2011

Alfabet

Za Anną Janko, oczywiście i jak zwykle. Na tę noc niespokojną bardzo i najspokojniejszą jeszcze bardziej. Na ten czas. Znienawidzony i ukochany, bo jedyny jaki jest. Na Teraz - bo nic innego nie istnieje:

Jestem w tobie ślepcem
mogę się tylko domyślać
Ty podajesz alfabet
który odgaduję palcami

Możesz mnie oszukać
Twarde myśli poowijać
w kocie skórki
I to ryzyko jest właśnie miłością

(fragment wiersza Alfabet)

sobota, 5 marca 2011

Lupa

Rzadko w Polsce bywa tak wiele dni słonecznych pod rząd. Stąd dziś takie zdziwienie. Że przecież rano jeszcze było ładnie. Teraz jest pochmurno. I to dobrze, bo pogoda, jak życie - bywa pochmurna.

Na dziś Lao Che zdecydowanie:

"Jeśli każdy ruch swój badać będziesz srogą lupą
Żywot Twój będzie niczym więcej, jak tylko... kupą."

niedziela, 27 lutego 2011

Zmiana

Gdy wyjeżdżałem, mieszkanie było tylko pustym mieszkaniem.
Wróciłem do mieszkania pełnego możliwości.

Szczęście to sposób patrzenia na świat.

"Nie ma czegoś takiego, jak porażka - są tylko przełomy."

niedziela, 6 lutego 2011

Na dziś...

Na dziś zdecydowanie ponownie Anna Janko:

Cudownie

Cudownie by się było wreszcie Tobą znużyć.
Wyczerpać wszystko, do imentu zużyć.
Lubić Cię tylko, nie kochać, kochać, a nie lubić.
Wyjechać w podróż z Tobą, gdzieś cię w świecie zgubić.
Nie myśleć o Tobie, tęsknić nieprzytomnie.
Co noc śnić namiętnie, imię twe zapomnieć.
Chcieć wieczności z Tobą, kwadransu żałować.
Nudzić się okrutnie, chłonąć twoje słowa.
Wielbić Cię, ubóstwiać, gardzić, besztać za nic.
Skąpić pocałunku, oddać się bez granic.
Zatracić się. Ujść cało. Stchórzyć, sięgać śmiało.
Nie móc spojrzeć w oczy, tonąć w twym spojrzeniu.
Wyjść bez słowa, zasnąć na twoim ramieniu.
Pamiętać. Zapomnieć. Pragnąć aż do bólu.
Gorzko płakać przez ciebie. Nawet nie czuć żalu.
Lekceważyć, przeceniać, dostać wszystko, zrzec się.
Czcić pamiątki po nas, wyrzucić wspomnienia.
Tyle w sobie zmienić, niczego nie zmieniać.
Być Anną twego życia, przelotną przygodą.
Być piękną i być brzydką, być starą, być młodą.
Razem w tysiąc gwiazd patrzeć, osobno w dwa słońca.
Mieć cię zawsze obok. Nigdy cię nie spotkać.
Bez przerwy pożądać. Unikać jak ognia.
Skończyć wszystko wreszcie. Wrócić i chcieć jeszcze.


z tomu:Wiersze z cieniem, Wydawnictwo Nowy Świat, Warszawa 2010.


I już więcej na dziś nie trzeba.

sobota, 8 stycznia 2011

Poranki

Najgorsze były poranki. Zaraz po otwarciu oczy. Wtedy było najbardziej przytłaczające. Dojmujące. Wtedy byłem pewien, że nigdy się nie skończy. I marzyłem, żeby przyszedł sen. Ale on nie przychodził. Serce znów zaczynało walić. Wszędzie wisiało wielkie poczucie marności. Niemożebnej chujowości. Wszystkiego dookoła. Zaczynałem od nowa, każdego ranka, wymyślać czynności, w których dostrzegłbym sens. Co dzień było ich coraz mniej. Aż w końcu wszystkie zniknęły.

Prysznic nieco pomagał. Z akcentem na „nieco”. Nie mogłem uwierzyć, patrząc w lustro, że można mieć wszystko i czuć się tak bardzo nikim. Zaszczutym zwierzęciem. Kukłą. Że można każdego dnia, całe dnie jeść strach. Znałem jego smak doskonale. Każdą jego barwę. Był ze mną, gdy kładłem się spać, gdy się budziłem, czasem przychodził w środku nocy i w środku dnia. Przychodził, kiedy chciał. Strasznie bałem się strachu.

Często, gdy jest źle, myślisz sobie, że zrobisz coś, co sprawi, że będzie lepiej. Każdy ma takie czynności. Jakieś pomysły na życie, gdy już wszystko zawiedzie. Ja nie miałem. Bo na wszystkie, które przychodziły mi do głowy nie miałem odwagi. Bałem się jeździć, bałem się być sam, bałem się być z kimś, bałem się być. Każdego dnia i nocy. Coraz mocniej, coraz konsekwentniej przestawałem mieć ochotę żyć. Życie z jego cudownością jest zachwycające. Ale jeśli ogranicza się tylko do strachu jest nieznośne. Zawsze myślałem, że samobójcy to jakiś rodzaj niestabilnych emocjonalnie, słabych frustratów. Myślałem tak dopóki jedynym pomysłem na moje życie nie stało się dołączenie do nich.

Byłem zdrowy, sprawny, wykształcony, niebiedny, było lato i świeciło piękne słońce. Ja co dzień budziłem się z niczym. I widziałem, co mnie otacza. Widziałem ile mam. I nienawidziłem się z całych sił za to, że nie mogę tego docenić. Gdy były chwile, że się nie bałem, zaczynałem się strasznie bać, że zacznę się bać. I tak w kółko, każdego dnia. Bez wyjątku.

Ludzie przestawali mieć ochotę mnie słuchać. Nie dziwiłem się. Też miałem ochotę kopnąć się w dupę i krzyknąć: „pojebało Cię? Co ty odstawiasz. Żyj!”. Strasznie tego chciałem. Okrutnie chciałem żyć. I nie umiałem.

Siłą rozpędu toczyły się wszystkie aktywności. Pisanie pracy magisterskiej, obrona, rekrutacja na studia. Dobrze, że rozpędziłem życie na tyle, że mogło się toczyć. Pewnego dnia usiadłem no fotelu i stwierdziłem, że muszę ustalić, czego ja naprawdę chcę. Nie ustaliłem. Nie miałem pojęcia. Nie wiedziałem nawet od czego zacząć. Wymieniłbym setki sposobów na zadowolenie innych i żadnego, by zadowolić siebie. I to było właśnie to. Po prostu zapomniałem żyć…

niedziela, 2 stycznia 2011

Auto

Akurat dziś brak Ci pomysłu na życie? Wsiądź do auta, włącz muzykę i po prostu jedź.

Wydaje nam się w życiu, że mamy wpływ na bardzo wiele spraw. Choć tak naprawdę jest ich garstka. Cała reszta dzieje się bez zwrócenia uwagi na nasze preferencje. A samochód jest posłuszny. Robi dokładnie to, czego chcesz. Nie dyskutuje, nie narzeka, zawsze mu się podoba. To przynosi ukojenie. To przynosi spokój.

Jeśli myślisz, że można zrobić wiele z człowiekiem, który nie ma poczucia bezpieczeństwa, to nieprawda. Można z nim zrobić dosłownie wszystko. Poza zapewnieniem mu tego poczucia. To akurat musi zrobić sam...

Znaleźć coś, co nie wiadomo kiedy się zgubiło. Trzeba mieć sporo odwagi, żeby w ogóle zacząć szukać...